Gratulacje! Udało się Wam przeżyć kolejny rok. Zainwestujcie teraz mądrze zdobyte punkty doświadczenia i rzućcie chociaż kilka w posługiwanie się materiałami wybuchowymi, żebyście skończyli Sylwestra z liczbą kończyn, z którą go zaczęliście.
Noworoczna opowieść? Mam jedną związaną właśnie z petardami. Dawno, dawno temu, na zaśnieżonych wzgórzach Kaszub, ja i mój kolega postanowiliśmy sprawdzić naszą odwagę. Wzięliśmy w dłoń po petardzie, zmierzyliśmy się wilczym wzrokiem i odpaliliśmy je. Naturalnie, chodziło o to, by przekonać się, który z nas pierwszy dostanie cykora i wyrzuci swoją.
Obojgu nam wybuchły w rękach.
To, moi drodzy, są Kaszuby.
(dobra, te petardy nie były jakieś szczególnie potężne, dlatego nie piszę dziś jedną ręką, ale nie o to w tej historii chodzi. Zamaskowany Anglista nie ponosi odpowiedzialności za próby imitowania kaszubskich zabaw.)
(a myśleliście o tym, żeby pojedynkować się na trzymanie petard nie w dłoniach, a w zębach?)
czwartek, 31 grudnia 2009
środa, 30 grudnia 2009
Dary losu
Okres świąteczny zbliża się powoli do końca, pochwalę się więc prezentami! Przede wszystkim, otrzymałem zapas jedzenia, które na pewno nieraz ocali mi skórę podczas pobytu w mieście uniwersyteckim. Podziwiajcie:
Poza tym: śnieg czy nie śnieg, wyszedłem dzisiaj do ogródka po pora. Co znalazłem po drodze na tarasie? Prezent od naszych kotów, oczywiście!
Widoczna powyżej nornica dowodzi, że nasze bestie nie zatraciły instynktu łowieckiego. Przynoszą nam takie dary dosyć często; zazwyczaj małe futerkowce, ale zdarzają się również złowione w oczku wodnym ryby.
Nie tylko koty sprawiły mi jednak ostatnio bardzo przyjemną niespodziankę! Dobry przyjaciel Maciej wręczył mi bowiem piękny granat odłamkowy (F1, tak?), przewiązany ozdobną czerwoną wstążeczką i w ogóle. Wykorzystam go mądrze. Otrzymałem również Draculę w oryginale, i to z rąk samego księcia ciemności Vlada! Jego trupioblade dłonie nakreśliły nawet osobistą dedykację, więc trudno mi znaleźć słowa, które odpowiednio wyraziłyby moją wdzięczność. Dziękuję, panowie!
Nie tylko koty sprawiły mi jednak ostatnio bardzo przyjemną niespodziankę! Dobry przyjaciel Maciej wręczył mi bowiem piękny granat odłamkowy (F1, tak?), przewiązany ozdobną czerwoną wstążeczką i w ogóle. Wykorzystam go mądrze. Otrzymałem również Draculę w oryginale, i to z rąk samego księcia ciemności Vlada! Jego trupioblade dłonie nakreśliły nawet osobistą dedykację, więc trudno mi znaleźć słowa, które odpowiednio wyraziłyby moją wdzięczność. Dziękuję, panowie!
Etykiety:
dom na kaszubach,
koty,
święta
wtorek, 29 grudnia 2009
Avatar
Może na mój odbiór wpłynęły wspomniane niskie oczekiwania; może fakt, że Avatar był moim pierwszym filmem w 3D. Dość powiedzieć, że wyszedłem z sali pod niesamowitym wrażeniem i zastanawiam się już, kiedy by załapać się na kolejny seans. Nie chcę rozwodzić się przesadnie nad stroną techniczną - o niej i tak z pewnością już słyszeliście - dodam więc tylko, że to faktycznie ostry, barwny trójwymiar. Mogłem wędrować wzrokiem pomiędzy planami; jeśli ujęcie było wykonane z kabiny helikoptera unoszącego się nad dżunglą, mogłem równie dobrze skupić wzrok na wnętrzu pojazdu, jak i spojrzeć za szybę, zmieniając mój punkt ostrości tak, by wyraźniejszy stał się mijany krajobraz. Fantastyczna sprawa. Czy rewolucja techniczna? Dla mnie na pewno, ale nie wiem, jak do tej pory wyglądały produkcje w trójwymiarze.
Rewolucyjna nie jest na pewno fabuła, ale nie znaczy to, by miała być zła. Z technicznego punktu widzenia, całość jest jednym wielkim ćwiczeniem z foreshadowingu. Ma to swoje wady i zalety; już w połowie filmu można precyzyjnie odgadnąć wszystkie nadchodzące zwroty akcji, ale z drugiej strony całość jest logicznie i precyzyjnie skonstruowana, a żadne rozwiązanie fabularne nie wyskakuje znikąd.
Podejrzewam, że odbiór scenariusza to w dużej mierze kwestia nastawienia. Jasne, jeśli ktoś odczuje taką potrzebę, to obyci i wysoce inteligentni Polacy mogą po raz kolejny wyśmiać durnych Amerykanów, którzy w kółko powielają schematy. Nie wydaje mi się jednak, by nieskomplikowanie historii było wadą; odebrałem ją nie jako uproszczoną, a raczej wydestylowaną. Od czasu do czasu - szczególnie, gdy pojawiają się tak wspaniałe środki techniczne - warto znowu tchnąć nieco życia we wszystkie archetypy, z jakimi obcujemy praktycznie od zawsze. Warto opowiedzieć je od nowa. Nie chodzi tu o wielkie niespodzianki, analizę rozwoju konkretnego gatunku czy dialog ze współczesnym odbiorcą; to historia, która płynie jak klasycznie skomponowany utwór muzyczny, melodyjna w swojej przewidywalności. Niektórzy chcieliby widocznie pełnego odzwierciedlenia rzeczywistości, ale przecież to tylko kino, film, teatr; nie chodzi o to, by był prawdą. Lepiej usiąść w fotelu i wykrzesać z siebie nieco wysiłku, by nawiązać emocjonalny kontakt z historią.
Na pewno pomaga w tym ścieżka dźwiękowa. Muzyka to klasyczny James Horner z dołożonymi plemiennymi bębnami i nutką newage'owych zespołów w rodzaju Secret Garden; sympatyczne i momentami niezwykle efektowne. Spodobało mi się też aktorstwo, szczególnie w odniesieniu do Na'vi; faktycznie starano się, by ich wymowa, ruchy i manieryzmy różniły się nieco od ludzkich.
Odrobinę - ale tylko odrobinę - rozczarowujący był design części obcej fauny. Krajobrazy obcego świata faktycznie były niezwykłe i nieziemskie, ale zwierzęta - już niekoniecznie. Koń z sześcioma nogami i czterema oczami wciąż pozostanie koniem, a psy z mackami to w zasadzie codzienny widok na Kaszubach. Czytałem, że oryginalny design stworzeń był ciekawszy, ale utemperowano go z racji na to, że projekty wydawały się podobno zbyt obce. Ale to już tylko czepialstwo z mojej strony; moja szanowna ciotka wspominała potem, że była pod wrażeniem całej fantastycznej menażerii.
Polecam? Jasne. Wybraliśmy się na ten film całą rodziną i nawet osoby, które nie przepadają za SF wyszły z seansu bardzo zadowolone. Wrażenia estetyczne faktycznie nowej generacji, a fabuła? Pozwólcie ją sobie opowiedzieć. To ta sama historia, którą znacie od zawsze, więc na pewno znacie ją i lubicie. To ta sama historia, co wszystkie inne.
Na koniec, do ogólnej refleksji: uproszczona struktura Campbellowskiego monomitu.
Etykiety:
film
poniedziałek, 28 grudnia 2009
I don't remember you looking any better...
...but then again I don't remember you.
To wciąż okres świąteczny, więc podejrzewam, że możecie być w domach. Poczekajcie więc, aż wszyscy pójdą spać, zgaście światło (poza sznurem świątecznych lampek), otwórzcie piwo lub zmieszajcie drinka i puśćcie ten kawałek. Ja zrobiłem tak jakiś czas temu; było świetnie.
To wciąż okres świąteczny, więc podejrzewam, że możecie być w domach. Poczekajcie więc, aż wszyscy pójdą spać, zgaście światło (poza sznurem świątecznych lampek), otwórzcie piwo lub zmieszajcie drinka i puśćcie ten kawałek. Ja zrobiłem tak jakiś czas temu; było świetnie.
Etykiety:
muzyczne poniedziałki
niedziela, 27 grudnia 2009
Świat ocalał! (w 20% przypadków)
Dzisiaj kilka razy graliśmy z siostrą w kooperacyjną planszówkę Pandemic. Celem gry jest wynalezienie szczepionek na cztery zakaźne choroby (wąglik, dur brzuszny, cholerę oraz SARS), nim skończy się czas i ludzkość wymrze. To gra, w której zaczyna się na straconej pozycji, a potem robi się tylko gorzej; znaczników chorób nieustannie przybywa, wybuchają niespodziewane epidemie, zaś każda tura, podczas której nie ma się konkretnego planu, oznacza zazwyczaj natychmiastową przegraną. Masa zabawy, cholernie trudno, ale moja siostra jest zahartowaną dziewczynką. Słyszeć ją obwieszczającą opracuję szczepionkę na cholerę, a potem wezmę się za Afrykę sprawiło, że gra była warta każdego grosza.
Obrazek powyżej mgliście ilustruje jeden z największych uroków rozgrywki, czyli mechanizm pandemii. Choroby są reprezentowane przez drewniane sześcianiki w różnych kolorach; na podstawie wylosowanych kart ustala się, w którym mieście dołożyć kolejne. Jeśli poziom infekcji miasta osiągnie 3 klocki, a miasto zostanie wylosowane ponownie, choroba rozprzestrzenia się - dokłada się po jednym klocku do każdego sąsiedniego. Jeśli któreś z sąsiadujących miast samo miało w tym momencie trzy klocki, następuje reakcja łańcuchowa; jeśli oba te miasta mają wspólnego sąsiada, są spore szanse, że epidemia wystąpi i tam... i w przeciągu jednej tury cały kontynent może utonąć w wirusach.
Podczas naszej pierwszej rozgrywki siostra wykonała ruch, ja wykonałem ruch... po czym nastąpiła niefortunna epidemia i przegraliśmy. Z miejsca. Siostrze zadziałało to na ambicję, ale pomimo naszych starań i rosnących umiejętności udało nam się wygrać tylko raz na pięć partii. Siostra oceniła grę jako fajną, ale trudną.
Zawsze brakuje tej jednej tury. Zawsze.
Podczas naszej pierwszej rozgrywki siostra wykonała ruch, ja wykonałem ruch... po czym nastąpiła niefortunna epidemia i przegraliśmy. Z miejsca. Siostrze zadziałało to na ambicję, ale pomimo naszych starań i rosnących umiejętności udało nam się wygrać tylko raz na pięć partii. Siostra oceniła grę jako fajną, ale trudną.
Zawsze brakuje tej jednej tury. Zawsze.
Etykiety:
dom na kaszubach,
planszówki,
święta
sobota, 26 grudnia 2009
Świątecznej atmosfery ciąg dalszy!
Jak to w święta, siedzimy z rodziną po obiedzie w salonie i patrzymy, czym też akurat zdecydowała się nas uraczyć telewizja. Los chciał, że trafiliśmy na ekranizację "20 000 mil podmorskiej żeglugi". Oglądaliśmy jednym okiem, rozmawiając o tym i o owym, kiedy nagle na ekranie pojawił się sam kapitan Nemo.
Enkawudzista!, stwierdziliśmy jednocześnie z matką, patrząc na jego sowiecki strój i charakterystyczny zarost. Pokiwaliśmy głową nad jego wspaniałym wyglądem, gdy nagle do salonu weszła ciocia. Dzierżyński!, obwieściła, rzuciwszy okiem na kapitana. Ucieszyło nas, że i ona poznała się na jego prawdziwej naturze, choć z ciocią nigdy nic nie wiadomo, bo potrafi recytować z pamięci poezję rewolucyjną. Tak czy inaczej, alkohol płynie, makowiec znika, aż tu do salonu wchodzi dziadek. Przygląda się postaci na ekranie, przygląda, aż w końcu zakłada z dumą ręce za siebie i obwieszcza z pełnym pewności uśmiechem: O, Dzierżyński!
Czy faktycznie był to Dzierżyński? Zadecydujcie w zgodzie z własnym sumieniem.

Enkawudzista!, stwierdziliśmy jednocześnie z matką, patrząc na jego sowiecki strój i charakterystyczny zarost. Pokiwaliśmy głową nad jego wspaniałym wyglądem, gdy nagle do salonu weszła ciocia. Dzierżyński!, obwieściła, rzuciwszy okiem na kapitana. Ucieszyło nas, że i ona poznała się na jego prawdziwej naturze, choć z ciocią nigdy nic nie wiadomo, bo potrafi recytować z pamięci poezję rewolucyjną. Tak czy inaczej, alkohol płynie, makowiec znika, aż tu do salonu wchodzi dziadek. Przygląda się postaci na ekranie, przygląda, aż w końcu zakłada z dumą ręce za siebie i obwieszcza z pełnym pewności uśmiechem: O, Dzierżyński!
Czy faktycznie był to Dzierżyński? Zadecydujcie w zgodzie z własnym sumieniem.

Etykiety:
opowieści dziwnej treści,
święta
piątek, 25 grudnia 2009
czwartek, 24 grudnia 2009
Wesołych świąt!
Gazeta powiedziała mi, że zasadniczo powinno pisać się "święta" małą literą, więc there you have it. Chciałem nawiązać do ostatniego wpisu, gdyż do wszystkich tych SMSowych życzeń można dołożyć kolejną kategorię: świąteczne łańcuszki szczęścia. Pozwolę sobie zacytować w pełnej glorii:
Dobry przyjaciel Maciej: piękny chłopcze, Twoje niebywałe historie z dalekich krajów przynoszą radość nam wszystkim, szczególnie kiedy wraz z nimi przywozisz egzotyczne trunki! Czego mogę życzyć człowiekowi, który jest tak solidny, pracowity i odporny na zimno jak Ty? Chyba wyłącznie Sylwestra bez kolejnego wstrząsu mózgu, choć nie wiem, czy nie znieważam tym Twego awanturniczego ducha!
Dobry przyjaciel Vlad: choć kłamliwa z Ciebie bestia, legendy o Tobie powtarza już cały kraj! Dumą napawa mnie znajomość z czterystuletnim wampirem, który z pomorskimi książętami konwersował z pewnością osobiście. Przyjmij życzenia kolejnych czterystu lat, braku czosnku i wielu dziewic o białych szyjach! Z racji na dostojny wiek i sędziowską profesję, otrzymujesz również oficjalną dyspensę na kolejny rok noszenia fryzury rodem z francuskich dworów.
drowka: Twoja obsesja dotycząca ośmiornic wciąż jest dla mnie niejasna, więc zapewne potrzeba potęgi umysłu ścisłego, by ją pojąć. Oby Twoje nadmorskie życie było pełne przygód, a przejazdy na trasie dom-stolica zlatywały błyskawicznie! Dużo cierpliwości w stosunku do sierotki, późnego wstawania i wielu herbat, które będą podnosić Twoją sprawność w godzinach nocnych!
ilbereth: choć Twoje horyzonty są zbyt wąskie, by docenić wielkość Tarzana, życzę Ci kondycji i więzi z naturą takich, jakimi dysponował Władca Małp! Spełnień artystyczno-akademickich, zawsze czynnego automatu z kawą oraz wielu wydr, które występują parami.
Św. Joanna od Akwariów: niech wszystko w Twoim otoczeniu będzie zdrowe! I Twoje liczne ryby, i włosy, i jedzenie, które ostatnio z takim zapałem samodzielnie tworzysz. Co do dwóch pierwszych, przyjmij radę starego Kaszeby: im mniej się nimi przejmujesz, tym lepiej się rozwijają. Obyś co dzień wyciągała na swoim rowerku tysiąc kalorii! Nie chcę tu absolutnie sugerować, że powinnaś, po prostu... o matko, tłumaczenie teraz będzie tylko zakopywaniem sie coraz głębiej, just roll with it, te życzenia są pełne dobrych intencji.
Klaun Szyderca: Twój horoskop mówi, że w nadchodzącym roku stawisz czoła Wujkowi Staszkowi jak równy z równym!
Kobieta z Kujaw: nie mam bladego pojęcia, kim jesteś, ale skoro wielbisz boską Gabrielę, nie możesz być złą osobą! Doceniam również Twoje przywiązanie do regionu; nie pozwól narzucić sobie hegemonii Polski!
Krzysztof z lasu: mądrze jest być przyjacielem narodu kaszubskiego i życzyć mu pomyślności. Być może grasz na dwa fronty, ale i tak postaram się załatwić Ci zaświadczenie, które podczas nadchodzącej inwazji ocali nie tylko Ciebie, ale i dowolnie wybraną osobę towarzyszącą! Teraz być może "obywatelstwo drugiej kategorii" nie brzmi wspaniale, ale gdy nadejdzie nowy ład, będziesz mógł pokazywać je wszystkim niewolnikom i śmiać się im w twarz;
Marta z Polski: pomimo wszystkiego, co dzieli nasze narody - na pewno jesteś wspaniałą osobą! Niech z Twoją piękną promotor połączy Cię nić prawdziwego zrozumienia i przyjaźni, a na cotygodniowym kiermaszu książek w oryginale, który odbywa sie na uczelni, niech Twoje lewe oko zawsze odnajdzie interesujące pozycje. Prawe, polskim zwyczajem, niech nieustannie śledzi wysunięte z kieszeni portfele, dzięki którym będziesz mogła nabyć i przeczytać, co tylko dusza zapragnie!
Szlomo: wiem, że łakniesz sławy, więc dołożę do niej swoją cegiełkę: naciesz się linkiem w listwie bocznej! Uważajcie, dzieciaki, Szlomo prowadzi bloga dozwolonego od lat osiemnastu. Oby kolejne lokum, które zajmiesz, nie podlegało tak szybkiej demolce (za sprawą gości, oczywiście), jak poprzednie. Rozwijasz się kulinarnie, muzycznie oraz fizycznie intensywnie niczym Simsy, niech więc wszystkie Twoje paski będą zielone!
A przed wigilijną wieczerzę, zastanówmy się wszyscy, co pod choinką znajdzie Batman.
Smacznego - i bawcie się dobrze!
@@@ to są 3 gowienka reniferow Sw. Mikolaja. Wyślij je trzem osobom to wtedy tyoje szczescie nie minie. Jak tego nie zrobisz to jedno wielkie znajdziesz pod choinka! Wesolych Swiat!Groźba zaiste straszna, mam więc nadzieję, że wklejenie tego łańcuszka na bloga uchroni mnie przed podobną niespodzianką. Dla Was mam jednak coś konkretniejszego, niż pamiątki po reniferach: życzenia! Jeśli więc jestem świadomy Twojej obecności na blogu, masz spore szanse, by odnaleźć poniżej kilka słów dla siebie.
Dobry przyjaciel Maciej: piękny chłopcze, Twoje niebywałe historie z dalekich krajów przynoszą radość nam wszystkim, szczególnie kiedy wraz z nimi przywozisz egzotyczne trunki! Czego mogę życzyć człowiekowi, który jest tak solidny, pracowity i odporny na zimno jak Ty? Chyba wyłącznie Sylwestra bez kolejnego wstrząsu mózgu, choć nie wiem, czy nie znieważam tym Twego awanturniczego ducha!
Dobry przyjaciel Vlad: choć kłamliwa z Ciebie bestia, legendy o Tobie powtarza już cały kraj! Dumą napawa mnie znajomość z czterystuletnim wampirem, który z pomorskimi książętami konwersował z pewnością osobiście. Przyjmij życzenia kolejnych czterystu lat, braku czosnku i wielu dziewic o białych szyjach! Z racji na dostojny wiek i sędziowską profesję, otrzymujesz również oficjalną dyspensę na kolejny rok noszenia fryzury rodem z francuskich dworów.
drowka: Twoja obsesja dotycząca ośmiornic wciąż jest dla mnie niejasna, więc zapewne potrzeba potęgi umysłu ścisłego, by ją pojąć. Oby Twoje nadmorskie życie było pełne przygód, a przejazdy na trasie dom-stolica zlatywały błyskawicznie! Dużo cierpliwości w stosunku do sierotki, późnego wstawania i wielu herbat, które będą podnosić Twoją sprawność w godzinach nocnych!
ilbereth: choć Twoje horyzonty są zbyt wąskie, by docenić wielkość Tarzana, życzę Ci kondycji i więzi z naturą takich, jakimi dysponował Władca Małp! Spełnień artystyczno-akademickich, zawsze czynnego automatu z kawą oraz wielu wydr, które występują parami.
Św. Joanna od Akwariów: niech wszystko w Twoim otoczeniu będzie zdrowe! I Twoje liczne ryby, i włosy, i jedzenie, które ostatnio z takim zapałem samodzielnie tworzysz. Co do dwóch pierwszych, przyjmij radę starego Kaszeby: im mniej się nimi przejmujesz, tym lepiej się rozwijają. Obyś co dzień wyciągała na swoim rowerku tysiąc kalorii! Nie chcę tu absolutnie sugerować, że powinnaś, po prostu... o matko, tłumaczenie teraz będzie tylko zakopywaniem sie coraz głębiej, just roll with it, te życzenia są pełne dobrych intencji.
Klaun Szyderca: Twój horoskop mówi, że w nadchodzącym roku stawisz czoła Wujkowi Staszkowi jak równy z równym!
Kobieta z Kujaw: nie mam bladego pojęcia, kim jesteś, ale skoro wielbisz boską Gabrielę, nie możesz być złą osobą! Doceniam również Twoje przywiązanie do regionu; nie pozwól narzucić sobie hegemonii Polski!
Krzysztof z lasu: mądrze jest być przyjacielem narodu kaszubskiego i życzyć mu pomyślności. Być może grasz na dwa fronty, ale i tak postaram się załatwić Ci zaświadczenie, które podczas nadchodzącej inwazji ocali nie tylko Ciebie, ale i dowolnie wybraną osobę towarzyszącą! Teraz być może "obywatelstwo drugiej kategorii" nie brzmi wspaniale, ale gdy nadejdzie nowy ład, będziesz mógł pokazywać je wszystkim niewolnikom i śmiać się im w twarz;
Marta z Polski: pomimo wszystkiego, co dzieli nasze narody - na pewno jesteś wspaniałą osobą! Niech z Twoją piękną promotor połączy Cię nić prawdziwego zrozumienia i przyjaźni, a na cotygodniowym kiermaszu książek w oryginale, który odbywa sie na uczelni, niech Twoje lewe oko zawsze odnajdzie interesujące pozycje. Prawe, polskim zwyczajem, niech nieustannie śledzi wysunięte z kieszeni portfele, dzięki którym będziesz mogła nabyć i przeczytać, co tylko dusza zapragnie!
Szlomo: wiem, że łakniesz sławy, więc dołożę do niej swoją cegiełkę: naciesz się linkiem w listwie bocznej! Uważajcie, dzieciaki, Szlomo prowadzi bloga dozwolonego od lat osiemnastu. Oby kolejne lokum, które zajmiesz, nie podlegało tak szybkiej demolce (za sprawą gości, oczywiście), jak poprzednie. Rozwijasz się kulinarnie, muzycznie oraz fizycznie intensywnie niczym Simsy, niech więc wszystkie Twoje paski będą zielone!
A przed wigilijną wieczerzę, zastanówmy się wszyscy, co pod choinką znajdzie Batman.
Smacznego - i bawcie się dobrze!
środa, 23 grudnia 2009
Ten wpis nie powstał według szablonu!
Wczoraj dostałem od znajomej SMSa z życzeniami. Pisała w nim, że w okresie świątecznym lepiej mieć czyste serduszko niż mieszkanie. To interesujący pogląd, lecz nie mogę się z nim niestety zgodzić; spędziłem bowiem ostatnie 48 godzin zajmując się szeroką gamą prac porządkowych. Prawdę mówiąc, mogłem się nieco zagalopować i radzę Wam sprawdzić, czy przypadkiem nie posprzątałem też u Was.
Poza tym: nie była to może praca stricte porządkowa, ale dzisiaj rano woziłem drwa na opał. Z pewnością kpisz!, zawołacie, lecz to jednak prawda! Taczka pruła przez śnieg, a ja ustawiałem przy piecu kolejne rzędy opału; tego samego drewna, które układałem w wakacje na wielkim stosie za domem i które - zgodnie z obliczeniami ojca - powinno wystarczyć nam na kilka lat. I postawmy sprawę jasno, to drewno nie jest ukradzione, ono jest ocalone przed zmarnowaniem bądź przygarnięte.
Wracając jednak do kwestii SMSów z życzeniami: oczywiście proceder ten jest oznaką upadku cywilizacji Zachodu, ale z tym musimy się pogodzic. Nie każdy za to wie, że jego analiza może pomóc w ustaleniu jak nisko stoczyliśmy się na drabinie moralności. Oto klasyfikacja, którą utworzyłem wożąc drewno:
Pierwszy raz w życiu zobaczyłem też dzisiaj półlitorwą butelkę piwa Żywiec Porter. Nie zastanawiając się wiele, kupiłem parkę; raz, może się rozmnożą, dwa, spróbuję przekonać ojca, że Żywiec Porter jest lepszy od jego ulubionego piwa Kaper. Jest to skazane na porażkę, ale sądzę, że samo podjęcie próby będzie przyjemne.
Poza tym: nie była to może praca stricte porządkowa, ale dzisiaj rano woziłem drwa na opał. Z pewnością kpisz!, zawołacie, lecz to jednak prawda! Taczka pruła przez śnieg, a ja ustawiałem przy piecu kolejne rzędy opału; tego samego drewna, które układałem w wakacje na wielkim stosie za domem i które - zgodnie z obliczeniami ojca - powinno wystarczyć nam na kilka lat. I postawmy sprawę jasno, to drewno nie jest ukradzione, ono jest ocalone przed zmarnowaniem bądź przygarnięte.
Wracając jednak do kwestii SMSów z życzeniami: oczywiście proceder ten jest oznaką upadku cywilizacji Zachodu, ale z tym musimy się pogodzic. Nie każdy za to wie, że jego analiza może pomóc w ustaleniu jak nisko stoczyliśmy się na drabinie moralności. Oto klasyfikacja, którą utworzyłem wożąc drewno:
- Indywidualne, spersonalizowane życzenia. Niemal tak dobre, jak prawdziwe! Człowiek może zabłysnąć faktem, że starcza demencja nie przeżarła mu jeszcze mózgu i pamięta generalnie, do kogo pisze. Nasycone duchem Świąt niemalże jak Kevin Sam w Domu, życzenia takie stanowią znak, że nasz upadek nie jest jeszcze kompletny.
- Życzenia masowe. Jeśli nie znamy kogoś wystarczajaco dobrze, albo jeśli chcemy rozesłać życzenia do większej grupy osób, piszemy tekst od siebie w sposób tak sprytny, by nadawca był jasny, lecz odbiorca mógł być dowolny. Ważne: unikać końcówek czasownikowych, które mogą precyzować płeć. Ważne bis: rozsyłać takie życzenia osobom, które nie mają ze sobą kontaktu, by nie mogły ich potem porównać. Mniej tutaj świątecznego ducha, a więcej korporacyjnej filozofii standaryzowania produkcji. To ona pchała świat naprzód, pamiętajmy!
- Życzenia szablonowe. Kiedy ktoś obchodzi Cię na tyle, by wysłać SMSa, ale nie dość, by wysilać się nad treścią wiadomości. Internetowi poeci pomogą! Ważne jest wszak, by kupić cudzą przychylność na kolejny rok za jedyne 20 groszy do wszystkich sieci.
- Życzenia szablonowe wysyłane z bramki SMS. Kiedy żałujesz tych nędznych 20 groszy.
Pierwszy raz w życiu zobaczyłem też dzisiaj półlitorwą butelkę piwa Żywiec Porter. Nie zastanawiając się wiele, kupiłem parkę; raz, może się rozmnożą, dwa, spróbuję przekonać ojca, że Żywiec Porter jest lepszy od jego ulubionego piwa Kaper. Jest to skazane na porażkę, ale sądzę, że samo podjęcie próby będzie przyjemne.
Etykiety:
dom na kaszubach,
koty,
manifesty
wtorek, 22 grudnia 2009
Back with a vengeance!
Mówiłem, że będę we wtorek - i oto jestem! Czas podjąć heroiczną próbę podsumowania tego, co działo się przez ostatnie tygodnie.- laptop nadal nieżywy. Serwisant zamontował część, która się zepsuła, ale moja dzielna maszyna sfajczyła ją zaraz po zamontowaniu; serwisant zamówił więc kolejną część, historia się powtórzyła. Kiedy opuszczałem moje miasto uniwersyteckie, facet po raz czwarty twierdził, że za dwa-trzy dni wszystko będzie gotowe;
- idą Święta, więc wróciłem na piękne i dzikie Kaszuby! Nie od razu zmusiłem domowy komputer do posłuszeństwa, ale - jak widać - w końcu się udało. Już niemal zapomniałem urok pisania na klasycznej klawiaturze; kiedy palce pójdą w ruch, rozlega się trzask taki, jakby szły salwy z kałasza. To jest solidny sprzęt!
- asceza bez komputera była zdecydowanie przyjemna. Jedynym problemem była niemożność napisania czegokolwiek inaczej, niż przy pomocy kartki i ołówka - ale i to po pewnym czasie nabrało uroku. Oldschool. Spędziłem mnóstwo czasu czytając; przez pierwszy tydzień przerabiałem średnio jedną powieść dziennie, później tempo nieco opadło. Zakres tych czytelniczych przygód był spory - od kanadyjskiej klasyki po antycznego Tarzana Burroughsa, od wspomnień Wieczorkowskiego z okresu PRL po wspomnienia pani, która jest halfbreed - pół Indianką, pół białą (twórczo zresztą zatytułowane Halfbreed);
- skoro już jesteśmy w klimatach literackich, postanowiłem stawić czoła mojej irracjonalnej niechęci do Skandynawii i kupiłem pierwszy tom kryminalnej trylogii Millenium. Jest wydana w formie broni podręcznej, choć ma raptem 600 stron; używając tak grubego papieru, Skandynawowie na pewno chcą przetrzebić lasy innych krajów. Nie zabrałem jej niestety ze sobą na Święta; czytam jeszcze dwie inne pozycje, nie chcę zaczynać równolegle trzeciej. Na pierwszy rzut oka rzecz wydawała się chwytliwie napisana, więc już nie mogę się doczekać;
- nabyłem też poprzednią płytę boskiej Gabrieli, Out. Podoba mi się niezmiernie i niewątpliwie napiszę jeszcze na jej temat kilka słów. Nakupowałem też prezentów świątecznych, jestem więc dobrze przygotowany na nadchodzące dni - i zamówiłem nowego laptopa, który ma specyfikacje mocniejsze, niż wszystkie moje dotychczasowe komputery razem wzięte. Zdumiewający jest postęp cywilizacji;
- mój Arab zażyczył sobie zajęć szlifujących wymowę, więc takie właśnie z nim rozpocząłem. Angielskie "r" próbował załapać przez bitą godzinę, ale w końcu jakoś mu się udało; zaskoczył mnie za to bardzo łatwością, z jaką produkuje dźwięczne i bezdźwięczne "th". Na zajęciach fonetycznych oferuję mu całkowicie gratis wodę, którą może zwilżyć swoje arabskie organy mowy. Jest to oczywiście woda Górska Natura;
- właśnie! Cykl recenzji Domu nad rozlewiskiem powróci niczym James Bond. Problemy techniczne sprawiły, że zostałem już kompletnie z tyłu za rozkładem TVP (przypadek, moi drodzy...?), ale Zamaskowany Anglista kończy to, co zaczął. Niech tylko przybędzie kurier z laptopem;
- odbijam sobie chyba ostatnie braki elektroniki, gdyż oglądam namiętnie Bones na domowym odtwarzaczu DVD. Lubię ten serial niebywale, choć ostatnio oglądałem go w okolicach poprzednich Świąt. Jeśli teraz jestem na jedenastym odcinku, całość wystarczy mi zapewne na długie lata;
- dwie współlokatorki opuszczą nasze mieszkanie, co jest okazją wyjątkowo smutną. Zżyliśmy się przez ostatnie lata i funkcjonowaliśmy z bezkolizyjną sprawnością, w atmosferze wzajemnej sympatii. Kto pojawi się na ich miejsce?
- na uczelni działy się dobre rzeczy. Wykładowca amerykańskiego gotyku żonglował pilotami; wykładowca pisania puścił nam piosenkę o tym, kto jest, a kto nie jest Żydem; inny wykładowca pisania popisywał się tężyzną fizyczną wnosząc wózek po schodach na szóste piętro; wykładowczyni frazeologii prawiła mi wspaniałe komplementy, zaś wykładowca konwersacji kazał mi przychodzić na zajęcia trzeźwym. Naiwny, nie wiedział, że wtedy właśnie byłem trzeźwy;
- moje ryby trzy razy przeszły tarło. Niestety, nie jestem jeszcze dziadkiem; ikra, którą jeden gatunek zniesie, zostaje szybko pożarta przez przedstawicieli innego. Zauważyłem też w akwarium ślimaka, który wziął się nie wiadomo skąd (prawdopodobnie z jaja pozostawionego na jednej z kupnych roślin). Pojawia się wyłącznie późną nocą, jest mały i czerwony;
- wraz z nadejściem śnieżnej zimy, nocne spacery po mieście stały się jeszcze atrakcyjniejsze. Po pierwszej na chodnikach zazwyczaj nie ma tłoku, ale teraz mróz sprawił, że miasto praktycznie pustoszeje; nawet samochodów jest jakby mniej. Zostają tylko białe ulice. Fantastyczne.
sobota, 5 grudnia 2009
Problemy techniczne
Usiadłem dzisiaj do pracy nad korektą tekstu, otworzyłem dokument, przeczytałem pierwszych kilka zdań... i monitor laptopa odmówił posłuszeństwa. Konkretniej, wysiadło podświetlenie, więc choć wszystko jest niby wyświetlane, jest tak ciemne, że mogę pracować wyłącznie z biurową lampką skierowaną wprost na ekran. Nie jest to przesadnie wygodne, zatem wiozę dziś wierną maszynę do naprawy.Przegram tylko najważniejsze dane na dwa osobne pendrive'y. Przezorny zawsze ubezpieczony.
Pamiętajmy jednak, że wszystko ma swoje dobre strony! W tym przypadku brak elektroniki oznacza, że w ekspresowym tempie przerobię kilka książek, co na pewno ucieszy moją piękną panią promotor. Dodatkowo, kolejna awaria laptopa oznacza, że przyjmę chyba propozycję rodziny i skuszę się w końcu na nowy sprzęt.
Tak, do tej pory oni proponowali mi kupno nowego laptopa, a ja odmawiałem. Powodów było kilka; nie czuję się do końca komfortowo czerpiąc z rodzinnego budżetu, lubię swoją starą maszynę, a do tego czuję pewien niepokój związany z przenoszeniem danych. Skoro jednak awarie zaczynają pojawiać się nieco zbyt często, a okres świąteczny powoli się zbliża, przyjęcie kilku stów będzie być może bardziej prezentem, niż pasożytowaniem na rodzinie.
Tak czy inaczej, mój szemrany technik przyjmuje nie dość, że na obrzeżach miasta, to do tego wyłącznie pod osłoną ciemności. Stwierdził, że może wziąć mojego laptopa po dziewiętnastej; naprawa ma potrwać dwa-trzy dni, jutro w końcu niedziela.
Ze zrozumiałych względów, przez najbliższych dni nie będę dodawał nowych wpisów. Do usłyszenia w okolicach wtorku!
Etykiety:
blogowanie o blogowaniu to grzech
piątek, 4 grudnia 2009
Ciekawe, czy mój wykładowca literatury amerykańskiego Południa też się tak goli?
Zgdnie z obenym stanem wiedzy naukowej, nie można wyspać się na zapas bądź odrobić braków snu chrapaniem o kilka godzin dłużej. Nie oznacza to jednak, że nie mam zamiaru spróbować. Ostatnio zarywanie nocy wchodzi mi najwyraźniej w nawyk.
Wyspany czy nie, zjawiłem się na dzisiejszych zajęciach. Przenieśliśmy się do większej sali, gdyż w poprzedniej było tak duszno, że na ostatnich zajęciach znajoma zaczęła mdleć. To dziewczyna z historią podobnych przypadków; mdlała w muzeum Sienkiewicza, o ile dobrze pamiętam. Teraz do omdleń doprowadza ją z pewnością nie rozmiar salki, ale wspaniałość i męskość naszego prowadzącego. Strasznie spodobała mi się jego dzisiejsza wypowiedź o pewnym pisarzu: He didn't notice until a certain age that "damned" and "Yankee" were two separate words. Rozbawił mnie też jego komentarz dotyczący bohaterki omawianego opowiadania: she likes perverse things, so she could just cut her hair short.
Artykuł jednego z naszych wykładowców jest obecnie the most downloaded article... dobrze, nie podawajmy może, gdzie. Nie mogę otrząsnąć się z przekonania, że ten prestiżowy tytuł został zdobyty poprzez okupację sali informatycznej, usadzenie wszystkich doktorantów/studentów do terminali i rozkazanie im klikania "download" raz za razem. KTO UDOWODNI, ŻE TAK NIE BYŁO?
Teraz mam zamiar oddać się biernej rozrywce; obejrzę film i zacznę skubać paluszki krabowe, a potem postaram się w miarę wcześnie usnąć. Nie, ustalajmy realistyczne cele: postaram się usnąć.
Tymczasem, aby nie pozostawiać Was bez obrazka - oto Ruski golący się siekierą!
Wyspany czy nie, zjawiłem się na dzisiejszych zajęciach. Przenieśliśmy się do większej sali, gdyż w poprzedniej było tak duszno, że na ostatnich zajęciach znajoma zaczęła mdleć. To dziewczyna z historią podobnych przypadków; mdlała w muzeum Sienkiewicza, o ile dobrze pamiętam. Teraz do omdleń doprowadza ją z pewnością nie rozmiar salki, ale wspaniałość i męskość naszego prowadzącego. Strasznie spodobała mi się jego dzisiejsza wypowiedź o pewnym pisarzu: He didn't notice until a certain age that "damned" and "Yankee" were two separate words. Rozbawił mnie też jego komentarz dotyczący bohaterki omawianego opowiadania: she likes perverse things, so she could just cut her hair short.
Artykuł jednego z naszych wykładowców jest obecnie the most downloaded article... dobrze, nie podawajmy może, gdzie. Nie mogę otrząsnąć się z przekonania, że ten prestiżowy tytuł został zdobyty poprzez okupację sali informatycznej, usadzenie wszystkich doktorantów/studentów do terminali i rozkazanie im klikania "download" raz za razem. KTO UDOWODNI, ŻE TAK NIE BYŁO?
Teraz mam zamiar oddać się biernej rozrywce; obejrzę film i zacznę skubać paluszki krabowe, a potem postaram się w miarę wcześnie usnąć. Nie, ustalajmy realistyczne cele: postaram się usnąć.
Tymczasem, aby nie pozostawiać Was bez obrazka - oto Ruski golący się siekierą!
Etykiety:
uczelnia
czwartek, 3 grudnia 2009
It was an ambiguous Thursday.
Wygląda na to, że to jeden z *tych* czwartków. Poprzestanę więc na zawieszeniu ogłoszenia, które bawi mnie zawsze, kiedy mijam gablotkę na uczelni!
Etykiety:
teatr jednego obrazu,
uczelnia
środa, 2 grudnia 2009
Piotr Metz: Lista Osobista
Uwielbiam takie chwile! Chodziłem sobie dzisiaj po empiku, przeglądając płyty, gdy nagle w oko wpadło mi nazwisko "Piotr Metz". O, pomyślałem, kojarzę tego pana z radiowej Trójki, radiowa Trójka gra dobrą muzykę, cóż to za wydawnictwo? Okazało się, że jest to spersonalizowana składanka, jaką pewnie każde z nas kiedyś nagrało; różnica jest tylko taka, że jeśli jest się osobowością radiową, personalna składanka może dostać okładkę, pudełko i zostać oficjalnie wydana, a nie wypalona na CD-R. Tytuły i artyści są różni, łączy ich wyłącznie to, że p. Metz darzy ich sentymentem. Jak pisze on sam:„Moja lista osobista zmienia się prawie codziennie – mówi Piotr Metz – zapewne tak jak każdego z was. Piętnaście utworów, którymi postanowiłem się z wami podzielić, przetrwało w moim przypadku próbę czasu i zostało na dłużej. Posłuchajcie!”
Trudno to chyba podsumować lepiej! Oczywiście, kupując cudzą składankę i nie kojarząc praktycznie żadnego utworu z wymienionych na tylnej okładce ryzykujemy, że nie będzie się nam podobać. Ryzykujemy mniej, jeśli jest to składanka prezentera Trójki. Nie ryzykujemy praktycznie nic, jeśli owa składanka jest przeceniona z czterdziestu pięciu na siedem złotych (uwielbiam takie chwile).
Wrażenia? Nawiążę może do komiksu ze szczurem:
OH MAN IT'S SUCH A GREAT RECORD WHAT AM I GONNA DO!
Wychodzi na to, że mamy podobne gusta muzyczne! Zazwyczaj nie honoruję składanek tym samym rytuałem, który towarzyszy przesłuchiwaniu zwyczajnych albumów; wychodzę z założenia, że składanka nie posiada tego samego zamysłu organizacyjnego, co pełen album i włączam ją jako muzykę przy pracy. Z przyjemnością mogę powiedzieć, że Lista Osobista jest ułożona bardzo sensownie - różnorodnie, ale bez trących dysonansów. Szeroki wachlarz twórców sprawia, że album ma urok muzyki radiowej; każde nagranie jest odrobinę niespodzianką, każde wydaje się wyjątkowe, jakby miało za chwilę zniknąć z eteru i nie wrócić już nigdy więcej. Słowem kluczowym tej płyty byłaby zapewne właśnie ulotność.
Cieszyłem się z tego, że znałem niektóre utwory; cieszyłem się odkrywaniem nowych. Odrywałem się momentami od pracy, by wyciągnąć się w obrotowym krześle i zwyczajnie wsłuchać się uważniej. Całość jest też jednak interesującą muzyką tła; dość nierówną, by nieustannie człowieka pobudzać, lecz nie na tyle, by odrywać od rzeczy, którymi akurat się zajmuję. Możecie powiedzieć: Zamaskowany Anglisto, "interesująca muzyka tła"? Nawet jak na Ciebie to wyjątkowo backhanded compliment! Gdzie tam, uważam to za wysoką pochwałę. Nie każda książka nadaje się do czytania w pociągu; nie każda muzyka jest odpowiednia do pracy. Ten album z pewnością nadaje się również do bardzo przyjemnej sesji wyłącznie z muzyką, ale jeśli dodatkowo jest w stanie spełnić inne role, czapki z głów.
Nie chcę wypisywać tu całej listy utworów; zainteresowani z pewnością znajdą ją bez trudu w sieci. Chciałem jednak wkleić tu utwór, którego obecnością bardzo przyjemnie się zaskoczyłem - lubiłem go niesamowicie (i najwyraźniej lubię nadal), ale posiadałem go tylko na taśmie. Świat idzie naprzód, czas na emigrację z jednego zagrożonego formatu na kolejny!
wtorek, 1 grudnia 2009
Lektura tego wpisu może zniszczyć Wasze dzieciństwo.
Poważnie. Zastanówcie się, czy czytać dalej.
Nadal ze mną? Świetnie! Zarysujmy więc nieco tła. Jakiś czas temu św. Joanna od Akwariów stwierdziła, że skoro Rozlewisko jest stale recenzowane, to chętnie przeczytałaby także recenzję Tańca z Gwiazdami. Niestety, nie znam się kompletnie ani na tańcu, ani na polskich celebrities (ani też na z, dla porządku), więc taki cykl recenzji zdegenerowałby się szybko w bezduszne szydzenie z każdego uczestnika po kolei, następnie w szydzenie z jurorów, potem z publiczności i na koniec z widzów przed telewizorami.
...ale może właśnie o to chodziło? Anyways, spodobał mi się pomysł zrecenzowania czegoś innego, niż harce p. Brodzik, ale musiałem wybrać coś, co było mi choć odrobinę znajome. Wybór padł na Krecika, wspaniałą kreskówkę, którą wszyscy pamiętamy z lat dziecinnych - a która okazuje się dotykać zagadnień niezwykle progresywnych. Tak, ustalmy od razu jedno: ten odcinek Krecika jest wystarczająco osobliwy, że mógłbym pewnie po prostu wkleić zrzuty ekranu and call it a day. Czy nie byłoby to jednak lenistwo?
Hejo! Krecik wita nas swoim dzwonkiem. Swoją drogą, kiedyś zobaczyłem sklep w całości poświęcony gadżetom z Krecikiem. Byłem pewien, że musiało mi się to przyśnić, więc następnego dnia poszedłem upewnić się, że sklep faktycznie istnieje. Istniał. Zrobiłem nawet zdjęcie, by potwierdzić własną poczytalność, ale teraz nie mogę go znaleźć. Ale ono istnieje! Istnieje, ludzie!
Godzina 6.30, Krecik śpi w najlepsze w swym podziemnym centrum dowodzenia, gdy nagle budzi go dziwny rumor na zewnątrz. Wychyla się więc z norki i szuka winowajcy, sugestywnie pukając się w czoło w reakcji na hałasowanie z rana.
Co jest źródłem niepokojących dźwięków? Oto Pani Królica ucieka po łące przed Panem Królikiem. W całej scenie nie ma nic niepokojącego; oboje są uchachani do jednego długiego ucha do drugiego.
Zaloty przenoszą się do lasu, gdzie Pani Królica chowa się za drzewami, a Pan Królik poszukuje jej z błogą miną. Scena nie jest jednak już tak idylliczna, jak poprzednia; czuć, że Pan Królik traktuje całą rzecz poważniej, niż jego wybranka.
Pani Królica wraca w końcu do swojego niespłaconego mieszkania i mruga zalotnie z progu do naszego bohatera...
...ale gdy Pan Królik podbiega, cały rozochocony, musi niestety pocałować klamkę. Długoucha ladacznica zakpiła z jego uczuć.
- Chlip! W tyłek sobie wetknijcie wasze mądrości. Jaki sens w gonieniu zajączka, jeśli nie można go złapać? Nigdy więcej bab!
- No nie pośpię, póki uszaty będzie mi wyć nad domem. O co chodzi, mój wąsaty przyjacielu?
- Tam, Kreciku, tam spójrz.
- Ach.
- Zajączku, no ręce opadają. Przecież ta wywłoka jest znana w całym lesie. Spójrz, ona ma kiełbie we łbie, nic, tylko grzebień i lusterko.
- Wiem, Kreciku, lecz królicza biologia jest okrutną panią! Spójrz, aż oczy mi się pomachlowały od tłumionych instynktów.
- Święta Panienko, faktycznie, rozpalony jesteś jakbyś spiryt prosto z pieca żłopał.
- Ja bym ją mógł schrupać jak marchewkę. Nie wiem już, co robić!
- Króliczku! Ja jestem światowym kretem, ja ci wszystko załatwię. Ale za darmo robić nie będę.
- Błagam, przecież spłacam trzy kredyty!
- W takim razie, znaj pana. Wezmę waszego pierworodnego.
- Nie mam wyjścia, podziemny diable! Co mam zrobić?
- Daj jej te kwiaty. Ostrożnie, króliczku, zatkaj nos!
- Dlaczego?
- Nasączyłem bukiecik psychotropami. Dwa niuchy i będzie twoja, albo moje studia chemiczne są worek bobków warte.
- Jesteś prawdziwym przyjacielem, Kreciku! Chodźmy.
- Czołem, uszata! Przyprowadziłem ci amanta.
- Kreciku, ani ty mi alfonsem, ani swatką. Paszli won.
- Powąchaj przynajmniej kwiatki, nim zdecydujesz.
- Oooooch...
- Widzisz, króliczku? Poczekajmy chwilkę, by chemikalia dotarły do płatów czołowych.
- Uszata, zacznijmy jeszcze raz. Chcesz go?
- Mój ci on! Znikaj, glebogryzie, mamy tu prokreację do załatwienia.
- Nie tak szybko! Muszę załatwić jeszcze jedno.
- Ja, Krecik, ogłaszam was mężem i żoną. Nie będzie w moim lesie stosunków przedmałżeńskich!
- Alleluja!
- Na razie, dzieciaki, nie hałasujcie za bardzo.
- I co, moja wybranko?
- Nieźle, nieźle! Jesteś najlepszym kochankiem, jakiego dzisiaj miałam. Czuję się zapłodniona.
- Hurra! Będę mógł spłacić podziemnego diabła!
- Hm... Chwileczkę, co się dzieje? Dziwnie się czuję. Coś było nie tak z tymi kwiatami.
- Milcz, kobieto, oszczędzaj siły. Dziesięć minut temu Krecik udzielił nam ślubu. Spójrz, zadbałem już o odpowiednie wyposażenie.
- Zawsze przygotowany! Nienawidzę cię, lecz zarazem szanuję.
- Na Tysiącletnią Rzeszę, wszystko idzie zgodnie z planem. Och, wspaniale, wspaniale, wspaniale!
- Słyszysz coś?
- Dwa serduszka, tak. Tak-tak. Tak-tak. Tak-tak.
- Nie chcę mieć twoich dzieci! Żądam aborcji!
- Nie wiesz, co mówisz, kobieto. Zatkam ci usta, abyś nie denerwowała się słuchaniem własnych wrzasków.
- Zaczęło się, wody odesz... mffff, mffff!
- No ładnie, akcja porodowa jest w pełnym rozkwicie!
- Podziemny diable, ratuj! Nie oglądałem "House'a" ani nawet "Ostrego Dyżuru"!
- Nie martw się! Ja oglądałem "Dom nad rozlewiskiem".
- Niech założę na plecy moje wierne szczypce porodowe. Króliczku, kiedy pojawi się główka, złap ją nimi mocno i ciągnij.
- Zaraz będę rzygać!
- Nie rozklejaj się! Kielich wódki albo dwa, żeby główka lepiej szła.
- Wychodzi!
- Tak trzymaj! Ja nałożę moje magiczne dłonie na brzuch małżonki, by ukoić jej ból.
- Hurra, dzieciak już wyszedł!
- Nie zapominaj, zajączku, o naszej umowie.
- Gdzieżbym śmiał, kreciku! Oto mój pierworodny.
- Mmm, wspaniale. W takim razie zbieram się do domu...
- ...o, jeszcze jeden się wyturlał.
- Słuchaj, Kreciku, to od tych twoich magicznych dłoni! Naciśnij jeszcze raz.
- Ty to masz łeb, króliczku! To co, jeszcze jeden?
- Nie, dwie gęby do wykarmienia wystarczą.
- Tato, dlaczego rzucasz naszym braciszkiem?
- Sprawdzam, który z was jest najsłabszy. Krecik chciał niby pierworodnego, ale wszyscy wyglądacie tak samo.
- Mężu, rozwiodłabym się z tobą raz-dwa, ale teraz zostanę dla dobra dzieci.
- Taki był mój plan!
- Kolejna szczęśliwa rodzina! Mogę wracać do nory. A ty, mały, idziesz ze mną.
Tak - to był odcinek Krecika, w którym Krecik odbiera poród. Do tego jest w tym lepszy, niż Gosia, a przynajmniej ma bardziej profesjonalny sprzęt i robi wszystko na oczach widza.
Ciekawostka: żeby opisać wydarzenia z pięciu minut Krecika, musiałem użyć mniej więcej tej samej ilości zrzutów ekranu, co podczas godziny Domu nad rozlewiskiem. Czy oznacza to, że Krecik jest ściślej napisany i bardziej napakowany akcją? Wy bądźcie sędziami!
...cały czas jestem pod wrażeniem tego, że Krecik odbierał poród.
Nadal ze mną? Świetnie! Zarysujmy więc nieco tła. Jakiś czas temu św. Joanna od Akwariów stwierdziła, że skoro Rozlewisko jest stale recenzowane, to chętnie przeczytałaby także recenzję Tańca z Gwiazdami. Niestety, nie znam się kompletnie ani na tańcu, ani na polskich celebrities (ani też na z, dla porządku), więc taki cykl recenzji zdegenerowałby się szybko w bezduszne szydzenie z każdego uczestnika po kolei, następnie w szydzenie z jurorów, potem z publiczności i na koniec z widzów przed telewizorami.
...ale może właśnie o to chodziło? Anyways, spodobał mi się pomysł zrecenzowania czegoś innego, niż harce p. Brodzik, ale musiałem wybrać coś, co było mi choć odrobinę znajome. Wybór padł na Krecika, wspaniałą kreskówkę, którą wszyscy pamiętamy z lat dziecinnych - a która okazuje się dotykać zagadnień niezwykle progresywnych. Tak, ustalmy od razu jedno: ten odcinek Krecika jest wystarczająco osobliwy, że mógłbym pewnie po prostu wkleić zrzuty ekranu and call it a day. Czy nie byłoby to jednak lenistwo?
***
Hejo! Krecik wita nas swoim dzwonkiem. Swoją drogą, kiedyś zobaczyłem sklep w całości poświęcony gadżetom z Krecikiem. Byłem pewien, że musiało mi się to przyśnić, więc następnego dnia poszedłem upewnić się, że sklep faktycznie istnieje. Istniał. Zrobiłem nawet zdjęcie, by potwierdzić własną poczytalność, ale teraz nie mogę go znaleźć. Ale ono istnieje! Istnieje, ludzie!
Godzina 6.30, Krecik śpi w najlepsze w swym podziemnym centrum dowodzenia, gdy nagle budzi go dziwny rumor na zewnątrz. Wychyla się więc z norki i szuka winowajcy, sugestywnie pukając się w czoło w reakcji na hałasowanie z rana.
Co jest źródłem niepokojących dźwięków? Oto Pani Królica ucieka po łące przed Panem Królikiem. W całej scenie nie ma nic niepokojącego; oboje są uchachani do jednego długiego ucha do drugiego.
Zaloty przenoszą się do lasu, gdzie Pani Królica chowa się za drzewami, a Pan Królik poszukuje jej z błogą miną. Scena nie jest jednak już tak idylliczna, jak poprzednia; czuć, że Pan Królik traktuje całą rzecz poważniej, niż jego wybranka.
Pani Królica wraca w końcu do swojego niespłaconego mieszkania i mruga zalotnie z progu do naszego bohatera...
...ale gdy Pan Królik podbiega, cały rozochocony, musi niestety pocałować klamkę. Długoucha ladacznica zakpiła z jego uczuć.
- Chlip! W tyłek sobie wetknijcie wasze mądrości. Jaki sens w gonieniu zajączka, jeśli nie można go złapać? Nigdy więcej bab!
- No nie pośpię, póki uszaty będzie mi wyć nad domem. O co chodzi, mój wąsaty przyjacielu?- Tam, Kreciku, tam spójrz.
- Ach.
- Zajączku, no ręce opadają. Przecież ta wywłoka jest znana w całym lesie. Spójrz, ona ma kiełbie we łbie, nic, tylko grzebień i lusterko.- Wiem, Kreciku, lecz królicza biologia jest okrutną panią! Spójrz, aż oczy mi się pomachlowały od tłumionych instynktów.
- Święta Panienko, faktycznie, rozpalony jesteś jakbyś spiryt prosto z pieca żłopał.- Ja bym ją mógł schrupać jak marchewkę. Nie wiem już, co robić!
- Króliczku! Ja jestem światowym kretem, ja ci wszystko załatwię. Ale za darmo robić nie będę.- Błagam, przecież spłacam trzy kredyty!
- W takim razie, znaj pana. Wezmę waszego pierworodnego.
- Nie mam wyjścia, podziemny diable! Co mam zrobić?
- Daj jej te kwiaty. Ostrożnie, króliczku, zatkaj nos!- Dlaczego?
- Nasączyłem bukiecik psychotropami. Dwa niuchy i będzie twoja, albo moje studia chemiczne są worek bobków warte.
- Jesteś prawdziwym przyjacielem, Kreciku! Chodźmy.
- Czołem, uszata! Przyprowadziłem ci amanta.- Kreciku, ani ty mi alfonsem, ani swatką. Paszli won.
- Powąchaj przynajmniej kwiatki, nim zdecydujesz.
- Oooooch...- Widzisz, króliczku? Poczekajmy chwilkę, by chemikalia dotarły do płatów czołowych.
- Uszata, zacznijmy jeszcze raz. Chcesz go?- Mój ci on! Znikaj, glebogryzie, mamy tu prokreację do załatwienia.
- Nie tak szybko! Muszę załatwić jeszcze jedno.
- Ja, Krecik, ogłaszam was mężem i żoną. Nie będzie w moim lesie stosunków przedmałżeńskich!- Alleluja!
- Na razie, dzieciaki, nie hałasujcie za bardzo.
- I co, moja wybranko?- Nieźle, nieźle! Jesteś najlepszym kochankiem, jakiego dzisiaj miałam. Czuję się zapłodniona.
- Hurra! Będę mógł spłacić podziemnego diabła!- Hm... Chwileczkę, co się dzieje? Dziwnie się czuję. Coś było nie tak z tymi kwiatami.
- Milcz, kobieto, oszczędzaj siły. Dziesięć minut temu Krecik udzielił nam ślubu. Spójrz, zadbałem już o odpowiednie wyposażenie.- Zawsze przygotowany! Nienawidzę cię, lecz zarazem szanuję.
- Na Tysiącletnią Rzeszę, wszystko idzie zgodnie z planem. Och, wspaniale, wspaniale, wspaniale!
- Słyszysz coś?- Dwa serduszka, tak. Tak-tak. Tak-tak. Tak-tak.
- Nie chcę mieć twoich dzieci! Żądam aborcji!- Nie wiesz, co mówisz, kobieto. Zatkam ci usta, abyś nie denerwowała się słuchaniem własnych wrzasków.
- Zaczęło się, wody odesz... mffff, mffff!
- No ładnie, akcja porodowa jest w pełnym rozkwicie!- Podziemny diable, ratuj! Nie oglądałem "House'a" ani nawet "Ostrego Dyżuru"!
- Nie martw się! Ja oglądałem "Dom nad rozlewiskiem".
- Niech założę na plecy moje wierne szczypce porodowe. Króliczku, kiedy pojawi się główka, złap ją nimi mocno i ciągnij.- Zaraz będę rzygać!
- Nie rozklejaj się! Kielich wódki albo dwa, żeby główka lepiej szła.
- Wychodzi!- Tak trzymaj! Ja nałożę moje magiczne dłonie na brzuch małżonki, by ukoić jej ból.
- Hurra, dzieciak już wyszedł!- Nie zapominaj, zajączku, o naszej umowie.
- Gdzieżbym śmiał, kreciku! Oto mój pierworodny.
- Mmm, wspaniale. W takim razie zbieram się do domu...
- ...o, jeszcze jeden się wyturlał.- Słuchaj, Kreciku, to od tych twoich magicznych dłoni! Naciśnij jeszcze raz.
- Ty to masz łeb, króliczku! To co, jeszcze jeden?- Nie, dwie gęby do wykarmienia wystarczą.
- Tato, dlaczego rzucasz naszym braciszkiem?- Sprawdzam, który z was jest najsłabszy. Krecik chciał niby pierworodnego, ale wszyscy wyglądacie tak samo.
- Mężu, rozwiodłabym się z tobą raz-dwa, ale teraz zostanę dla dobra dzieci.- Taki był mój plan!
- Kolejna szczęśliwa rodzina! Mogę wracać do nory. A ty, mały, idziesz ze mną.
***
Tak - to był odcinek Krecika, w którym Krecik odbiera poród. Do tego jest w tym lepszy, niż Gosia, a przynajmniej ma bardziej profesjonalny sprzęt i robi wszystko na oczach widza.
Ciekawostka: żeby opisać wydarzenia z pięciu minut Krecika, musiałem użyć mniej więcej tej samej ilości zrzutów ekranu, co podczas godziny Domu nad rozlewiskiem. Czy oznacza to, że Krecik jest ściślej napisany i bardziej napakowany akcją? Wy bądźcie sędziami!
...cały czas jestem pod wrażeniem tego, że Krecik odbierał poród.
Etykiety:
dom nad rozlewiskiem,
gabinet osobliwości
Subskrybuj:
Posty (Atom)



