piątek, 31 grudnia 2010

Punisher X-mas Special!

Sylwester Sylwestrem, ale póki goście jeszcze się nie zjawili, a okres świąteczny wciąż trwa, zachęcam Was, byśmy usiedli dookoła choinki i nasycili się prawdziwie świąteczną opowieścią! Bo co może kojarzyć ze Świętami, jeśli nie Punisher? Pamiętajcie też, że jeśli tekst na panelach jest nieczytelny, wystarczy kliknąć, aby je powiększyć.

Dla niewtajemniczonych: Punisher to komiksowy bohater wydawnictwa Marvel. Nie posiada on żadnych nadludzkich mocy, jest za to nieustannie bardzo, bardzo wkurzony. Naprawdę nazywa się Frank Castle i jest wojskowym weteranem; pracował później w policji, ale zalazł za skórę jednemu z bossów półświatka. Ten zarządził na niego zamach, w którym zginęła cała rodzina Franka - ale on uszedł z życiem. Od tego czasu Castle ma gdzieś literę prawa i ściga przestępców jako klasyczny vigilante, sędzia, ława przysięgłych i kat w jednej osobie. Świątecznie? Jasne!

Cała historia zaczyna się w obskurnym barze, gdzie siedzący przy kontuarze ksiądz zapija się w trupa. Dlaczego? Co tu dużo mówić, stracił wiarę w magię Bożego Narodzenia!
Ciężka sprawa, skoro nawet komercyjny Mikołaj nie wierzy już w święta. Ksiądz unosi się coraz bardziej, aż w końcu doczepia się do grupki typów spod ciemnej gwiazdy siedzących przy stoliku pod ścianą i zarzuca im z pijacką agresją, że oni też na pewno w nic nie wierzą. Szemrane typy nie spuszczają mu nawet łomotu; to półświatek z klasą, sugerują mu tylko, że powinien już zabrać swoje problemy na zewnątrz. Na odchodnym mamy miłe pożegnanie:W knajpie jest już spokój, więc gangsterzy zaczynają dyskutować: głowie konkurencyjnej rodziny ma urodzić się właśnie dziecko, więc piją kolejkę za to, żeby przyszło na świat martwe. Księża jak księża, ale tego Mikołaj już nie zniesie.Zgorzkniałym Mikołajem był w rzeczywistości Punisher! Ręka w górę, kto didn't see that coming. Jedna egzekucja mafiozów to jednak dla Punishera kropla w morzu; kroją się już grubsze afery. Denaci z baru tylko pili za śmierć dziecka z konkurencyjnej rodziny, ale picie to mało; inne zbiry kierują się zasadą, że jeśli coś ma być zrobione, trzeba to załatwić własnoręcznie. Wpadają więc do szpitala......i jadą serią po oddziale noworodków! Rzeź niewiniątek, chciałoby się powiedzieć, a my już widzimy, czym dokładnie błyszczy ten komiks. Moi drodzy, tak wyglądałaby znana biblijna historia, gdyby działa się obecnie! I występowała w niej mafia. Oraz Punisher.
Oto jednak niespodzianka! Dzieciątko jeszcze się nie urodziło, rodzice dopiero co docierają do szpitala. Zbiry z automatami dostrzegają swoją pomyłkę i jednemu z nich robi się dosyć nieswojo:
Na szczęście, jego niesmak nie trwa długo, gdyż na scenę wchodzi...Punisher punishuje i decyduje, że nie może zostawić bezbronnych rodziców na łasce mafijnych zakapiorów. Rekwiruje więc taksówkę, pakuje ich do wozu i przyciska gaz do dechy. W rezydencji mafioza, który zlecił zabójstwo, Święta też nie przebiegają wesoło. Jest bardzo niezadowolony z niepowodzenia akcji, obija więc swojego pachołka kijem do golfa i wykorzystuje jego otwarte usta jako kolejny dołek. Przede wszystkim decyduje się jednak zaangażować do roboty Trzech Cyngli ze Wschodu. Tymczasem, aby uniknąć pościgu, Punisher i rodzice ukrywają się w stajni pod miastem. Nie są z tego zbyt zadowoleni, ale kobieta zaczyna już rodzić:Łatwo powiedzieć, ale czy Punisher umie przyjąć poród? Okazuje się, że tak, ponieważ - tak jak ze wszystkim - robił to już w Wietnamie. Ciach, retrospekcja!Pościg jest jednak tuż, tuż; zbiry zajeżdżają przed stajenkę. Przeżywają jednak religijne doświadczenie:Strzelcem nie był jednak Punisher - ani nawet Bóg - a Trzej Cyngle ze Wschodu, którzy obawiali się, że nagroda za zlikwidowanie dziecka wyślizgnie się im z rąk.To komiks o Punisherze, następuje więc teraz kilka stron dzikiej przemocy......zakończone przez ostatnią kulkę dla ostatniego zbira.Dziecko w końcu rodzi się, a radości i świątecznej atmosferze nie ma końca! Czy świąteczny duch sprawi jednak, że Punisher zapomni, kim są rodzice?Nie. Wszyscy są już spunishowani, ale nasz antybohater zostaje z noworodkiem w rękach. Rozważa przez chwilę, czy lepiej go zjeść, sprzedać czy wyrzucić, w końcu jednak decyduje się na inny krok:Zostawia dzieciaka w wymoszczonej banknotami skrzynce na amunicję... na progu kościoła, w którym urzęduje cyniczny ksiądz, którego widzieliśmy w barze. To tak piękne, że po prawym policzku pociekła mi właśnie pojedyncza, męska łza.

Wesołych Świąt raz jeszcze, you guys! I postarajcie się nie stracić żadnych kończyn podczas sylwestrowej zabawy.

...chyba, że i Wy spotkacie na swojej drodze Punishera. W takim wypadku postarajcie się po prostu stracić ich jak najmniej.

czwartek, 30 grudnia 2010

Teraz albo nigdy!

Jeśli dzisiaj nie wrzucę tych od dawna chomikowanych zdjęć na bloga, zapomnę o nich na kolejne tygodnie. Zaczynajmy!Z serii dworcowych zabawek z Dalekiego Wschodu: Spider Super Man, azjatycki człowiek pająk. Jak to azjatycki heros, siedzi w wielkim robocie, który na pudełku opisany został jako Vastness Spider - stawiam miskę ryżu, że chodziło o Space. Nie może też zabraknąć inspirującej sentencji: by developing intelligence and inspiring potential to make children grow up with happiness. Powiedzcie jednak uczciwie, czy Spider-Man w wersji Lego to nie fajna rzecz? Ten zestaw klocków wydaje się też bardziej złożony niż wiele z tych, które oficjalnie sprzedaje się obecnie. Pamiętacie? Kiedyś Lego miało mnóstwo małych klocków w zestawie, a teraz to praktycznie kilkadziesiąt wielkich bloków plastiku, z którymi trudno nawet zrobić coś innego, niż w instrukcji. Vastness Spider na pewno rozwija bardziej!Zanim spadł śnieg, znalazłem na swoim osiedlu kawał kręgosłupa - bez wątpienia należący do ofiary niesławnego pomórnika, czyli rodzimej chupacabry. Nie lękajcie się jednak, Zamaskowany Anglista stał na straży! Pech chciał jednak, że po efektownym starciu na krawędzi dachu zepchnąłem bestię prosto na kabel od internetu - i dlatego właśnie któregoś dnia nie było w zeszłym miesiącu wpisu! O, i proszę, jak wszystko ładnie można wytłumaczyć.
Powiew minionej epoki. Gdzie? W dosyć obskurnej stołówce na Uniwersytecie Gdańskim. Czy mówiłem już, jak studenci tejże uczelni rozwijają skrót UG?To jest dużo bardziej optymistyczne! Na razie żadnego mi jeszcze nie wydano, chociaż kręcę się tam z wyczekiwaniem - ale może wydają napoje dopiero, kiedy robi się cieplej.Ze szkoły językowej: plakat instruujący w jaki sposób możemy przeciwstawić się grypie. Trudno go jednak wziąć poważnie, kiedy u góry wielkimi wołami wypisano razem bezpieczniej. O nie; w przypadku grypy it's every man for himself.Cremona, wielka przyjaciółka nauczycieli. Cremona to proszek służący do zabielania kawy; kawa z łyżką Cremony nie smakuje absolutnie jak kawa z mlekiem - trudno powiedzieć nawet, jak dokładnie smakuje - ale mimo to i tak wszyscy sypią ją do kubków. Lepsze widać to, niż nic! Jedna z najbardziej rozpaczliwych kwestii, które słyszałem na zajęciach z nauczycielkami, to dochodzące z sali z cateringiem nie ma Cremony!

Powinienem wrócić teraz do lektury kolejnego działa z dorobku literatury kanadyjskiej, ale coś czuję, że zamiast tego dokończę nadrabianie pół roku zaległych komiksów spod szyldu X-Men. Fabularnie bywa różnie, ale mają to do siebie, że są przeważnie ładnie rysowane.Trippy. Jasne, że to kolory tak komputerowe, jak tylko można, ale całość ogląda się przyjemnie. Na obrazku widać też markowy dla całej linii X-Men optymizm! Jedna rzecz, którą z całą pewnością można wynieść z komiksów z mutantami? Pewność, kiedy piszemy rouge, a kiedy rogue. Wymowy nie da się pomylić, ale umiejscowienie tego u potrafi czasem człowiekowi zaleźć za skórę.
x

środa, 29 grudnia 2010

"Stój, chłopczyku, ty nie pojedziesz...

...moja tarcza jest tylko dla białych dzieci. I czerwonych... oraz może niebieskich."
...nie ma tu jednak przesadnego rasizmu, bo Kapitan Ameryka nienawidzi wszystkich dzieci po równo. Pomyślcie, jakiego kopa musiał sprzedać tym, żeby teraz tak zasuwały na tarczy po płaskiej powierzchni!

Świąteczny detal 1: spójrzcie na dziecko pomiędzy nogami Kapitana Ameryki i powiedzcie, że Sentinel of Liberty nie dostanie zaraz śnieżką w tył głowy.

Świąteczny detal 2: szyld na brązowym budynku mówi jasno orphanage. Co to za święta bez dzieci z sierocińca!

Świąteczny detal 3: drzewa mogły stracić liście, ale kępa trawy po lewej krzepko rośnie!

wtorek, 28 grudnia 2010

Jako pierwsza partia zdjęć:

Dorwałem się do dziennika Dawczyni Połowy Moich Genów i spędziłem wiele miłych chwil czytając tematy lekcji. Najbardziej spodobały mi się tematy zajęć z wuefu:Zawsze słyszy się, że taka a taka uczelnia czy kierunek to wydział gier i zabaw, a tutaj proszę! Gry i zabawy faktycznie w programie nauczania.To też bardzo mi się podoba! Wiele przedmiotów ma wydumane i niejasne tematy, żeby przypomnieć sobie tylko te, które znajdowały się w rubryczce religia; tutaj z kolei wszystko jest postawione prosto: zajęcia na siłowni, klatę robim.Moje ulubione: sprawdzian z brzuchów. Jeszcze lepszy byłby pewnie sprawdzian brzuchów; masz brzuch? masz? sprawdzony, dobrze.Mogę tylko przypuszczać, jakie ekscesy miały miejsce na szkolnym boisku, skoro rozgrywki między klasami musiały przeistoczyć się w zajęcia z kultury kibicowania.

poniedziałek, 27 grudnia 2010

Zagrajmy świątecznie!

Matko droga, nic się nie zmieniło. Pokażcie mi krótko ściętą kobietę and I'm all hot. Pokażcie mi krótko ściętą kobietę z potężnym głosem i kolana same mi się zginają. I'm just wired this way.

Nie każdy wie, że Annie Lennox urodziła się w Święta: 25. grudnia 1954. I'm attracted to a woman who is considerably older than my mother. Make what you will of it.

...to co, puścimy ten teledysk jeszcze raz? Ona ma w sobie tyle siły, kiedy tak kroczy, patrząc naprzód i śpiewa!

sobota, 25 grudnia 2010

Jedzą, piją, w karty grają!

Święta w Rezydencji Rodu Zamaskowanego Anglisty mają przebieg bardzo świecki i wesoły. Nie ma modłów, jest spożywanie alkoholu; nie ma pasterki, są gry w karty do późnej nocy; nie ma kolęd, są amerykańskie piosenki świąteczne. Cieszę się bardzo, gdyż zawsze przyjemnie jest zebrać rodzinę przy stole i w coś pograć!

Zaczęliśmy od popularnej gry towarzyskiej Jungle Speed, którą kupiłem siostrze w prezencie. Zasady są banalnie proste: gracze kolejno odkrywają po karcie z trzymanych przed sobą stosów, a jeśli na kartach dwóch graczy pojawi się ten sam symbol, te dwie osoby muszą jak najszybciej złapać za stojący na środku stołu drewniany kołek, tzw. totem. Osoba, która złapie go pierwsza, oddaje wyłożone przed sobą karty wolniejszemu zawodnikowi; celem jest pozbycie się wszystkich swoich kart. Proste! Elementy gry wyglądają mniej więcej tak:Rozgrywkę urozmaicają pojawiające się od czasu do czasu karty specjalne, które każą na przykład brać pod uwagę kolor, nie kształt symboli lub doprowadzają do momentu, kiedy wszyscy siedzący przy stole muszą jednocześnie rzucić się po totem. Gra wymaga nieco refleksu i nieco spostrzegawczości, więc oczywiście doskonale kombinuje się z procentowymi napojami.

Bilans strat po kilku rozgrywkach w pięć osób był nieduży: kiedy ojciec rzucał się po totem swoimi kowalskimi łapami zrobił to nieco zbyt dynamicznie i totem poleciał z impetem prosto w oszklony kredens, w którym na delikatnych szklanych półeczkach stały kieliszki. Totem huknął dokładnie w drewnianą ramę pomiędzy płytami szkła i odbił się nieszkodliwie, więc na szczęście nic się nie stało. Poza tym, podczas innej rozgrywki ciocia złamała paznokieć; złamała go sobie zresztą wbijając mi go w wewnętrzną stronę nadgarstka i potem przez chwilę musiałem uważać, żeby nie pobrudzić białego obrusa krwią. Jak możecie się domyślać, wszystkim nam podobało się niezwykle i na dzisiaj planujemy już kolejną rozgrywkę; może tylko zawiesimy koc na kredensie.

Graliśmy też w klasyczne gry karciane. Spragnieni wyzwań intelektualnych, porwaliśmy się na ulubioną grę cioci o wdzięcznej nazwie "gówno". Zasady są nieskomplikowane: rozdajemy graczom karty od dziewiątek do asów, a każdy z graczy kolejno rzuca na środek stołu pierwszą odkrytą kartę z góry swojego stosu. Na każdą z nich trzeba odpowiednio zareagować:
9 - wołamy "gówno!"
10 - wołamy "pu!"
walet - wołamy "bonjour monsieur!"
dama - wołamy "bonjour madame!"
król - salutujemy
as - nakrywamy kartę ręką.
Kto nakryje asa jako ostatni, zabiera wszystkie karty ze środka stołu; karty zabiera też ta osoba, która zareaguje w zły sposób (zasalutuje waletowi, na przykład), nie zareaguje nijak albo zareaguje w widocznym oderwaniu od tempa innych graczy. Jak zwykle, chodzi o pozbycie się wszystkich własnych kart i gwarantuję, że gra jest tak wesoła, jak głupia.

Dawno, dawno temu młody archeolog Maciej był na wykopkach na Ukrainie. Przywiózł z tego dzikiego kraju inną prostą grę, której zasad nigdy nie mogliśmy spamiętać, gdyż graliśmy w nią wyłącznie po pijanemu. Ktoś zasugerował mi, żeby w takim razie uwiecznić te zasady tutaj; tak też zrobię! Oto ukraińska gra młodego archeologa Macieja, i pamiętajcie, że jest to jej jedyna oficjalna nazwa.

Potrzeba dwóch talii po 52 karty, bez jokerów. Mieszamy je ze sobą i rozdajemy po równo wszystkim graczom; gracze kładą je przed sobą na stosikach, koszulkami do góry. Każdy kolejno rzuca kartę na stół; rzucamy, rzucamy i rzucamy, aż powtórzą się wartości - czyli, przykładowo, na czwórkę kolejny gracz rzuci drugą czwórkę. Wtedy należy jak najszybciej przybić łapą stos kart; kto przybije jako ostatni, zabiera wszystko ze stołu i wkłada pod spód swojej talii. Karty zbiera też osoba, która przybiła w złym momencie. To właściwie wszystko! Warto też dodać, że natura gry sprawia, że gracze często czają się wychyleni nad stołem, z łapą uniesioną nad stosikiem i gotową do uderzenia w każdym momencie. Młody archeolog Maciej twierdzi, że wówczas można przybić komuś łapę na siłę, waląc w nią od góry - tak, żeby zmusić delikwenta do kontaktu z kartami w nieodpowiednim momencie i w konsekwencji ściągnięcia puli ze stołu.

To, mawiał młody archeolog Maciej, jest fortel.

Rozważcie to głęboko, a ja zejdę do salonu na obiad i - znając życie - kolejne karciane przygody!

piątek, 24 grudnia 2010

Wesołych Świąt!

Oby Wasze brzuchy były równie pełne, co podłoga pod Waszymi choinkami! Zanim jednak zasiądziecie do wigilijnego stołu, posłuchajcie o kaszubskich obyczajach.

Kiedy wczoraj siedzieliśmy wieczorem przy domowej roboty winie - ojciec twierdzi, że zasadniczo nie pije już niczego, czego sam nie wyprodukował - szanowna Dawczyni Połowy Moich Genów oświadczyła, że jeden z uczniów z zawodówki pytał jej, czy nie chciałaby ugościć w trakcie Świąt Dziada i Baby. Wizyta Dziada i Baby to typowo kaszubski obyczaj; to trochę jak kolędnicy, ale bardziej hardcore. Rzecz sprowadza się do tego, że do Twojego domu wpadają brudni, poubierani w łachmany Dziad i Baba, zaczynają biegać po pokojach, wywracać sprzęty domowe (często choinka ląduje na podłodze) i mazać wszystko sadzą, od której mają brudne ręce. Podobnie jak kolędnikom, należy im zapłacić, żeby sobie poszli. Demolka mieszkania ma oczywiście przynieść szczęście na nadchodzący rok, ale moja matka zadecydowała, że mimo uczniowskiej propozycji nie zaprosi jednak Dziada i Baby. Propozycja, swoją drogą, była hojna, bo chłopak musiałby ekstra dojechać dobrych parę kilometrów w Wigilię, żeby poprzewracać choinki.

Wyobraźcie sobie: słyszycie dzwonek do drzwi, otwieracie, a do mieszkania wlatuje dwójka obszarpańców i zaczynają robić piekło. Ten zwyczaj mógłby być bardziej kaszubski tylko wtedy, jeśli Dziada i Babę zamawiałoby się nie do siebie, a do kogoś, kogo we wsi nie lubimy!

Jaki świąteczny prezent przygotowało nam wydawnictwo Marvel? Otóż postanowili zaciukać kogoś z Fantastic Four i ma to być na tyle szokujące, że kolejny numer ich magazynu wyjdzie w nieprzezroczystym, foliowym worku, aby nie można było zidentyfikować trupa przez rzut oka na okładkę albo wertowanie komiksu w sklepie. Jest to gimmick czystej wody i, co najlepsze, pojawiły się nawet artykuły dotyczące tego wydarzenia - tutaj mamy na przykład typową historię prasową. Wy, oczywiście, wiecie już doskonale, jak to jest z comic book death, więc możemy tylko robić zakłady, kto padnie i za ile wróci. Jako czas powrotu obstawiam nawet mniej, niż standardowe dwa lata: sądzę, że osiemnaście miesięcy to będzie mniej więcej to. Co do tożsamości denata, stawiam na to, że na Bahamy pojedzie Reed Richards vel Mr. Fantastic, wzorcowy mąż i ojciec uniwersum Marvela. Tak, tak, czas na stare skany!
Fantastic indeed! Aby jednak nie zostawiać Was w ponurej atmosferze rodzinnej dysfunkcjonalności i przywrócić nieco świątecznego ducha, oto inny zestaw skanów. Zachęcam do powiększenia!
Samych batarangów pod choinką, moi drodzy! A w dodatkowym prezencie: całość komiksu z Raskolem. Zjedźcie niżej, na slow download!

czwartek, 23 grudnia 2010

Kto nie pije, nie tabaczy...

...na Kaszubach nic nie znaczy! Czas na fakty z kaszubskiego życia.
  • Wczoraj nie było wpisu, gdyż nie miałem w domu Internetu. Musiałem zadzwonić do Telekomunikacji, która wysłała swojego parobka do centrali, żeby sprawdzić problem. Facet najwyraźniej wyjął suszarkę i rozpuścił lód na kablach, bo dzisiaj już wszystko pięknie działa.
  • Na Kaszubach jest... ślisko! Kiedy jechałem z ojcem samochodem do rodzimego miasteczka, jedna kobieta przed nami chciała zahamować na prostej drodze. Nie wzięła pod uwagę oblodzenia; samochód zjechał w bok tak, jakby szarpnęła kierownicą z całej siły, i wbiła się maską w stos śniegu leżący na poboczu. Dobrze, że jest tyle śniegu; inaczej wpadłaby do rowu. Udało się jej wycofać i pojechać dalej.
  • Na Kaszubach jest... wesoło! Zjechała się już rodzina, co oznacza, że zaczęło się picie. Obecnie mam za sobą otwierające show cztery kieliszki wiśniówki na bimbrze, o której ojciec mówi, że za rok będzie dobra. Postanowiłem, że będę liczył tempo znikania trunków, i na razie przy obiedzie był to średnio jeden kieliszek na każde pięć minut.
  • Na Kaszubach jest... czysto! Wczoraj odkurzyłem cały dom, dzisiaj zaś wypróbowaliśmy nową zmywarkę. Cudowny sprzęt i w końcu mamy dosyć naczyń, żeby ją wypełnić. Ja będę jednak obstawał przy swoim: zwyczajnie lubię zmywać naczynia. Nawet ja jestem czysty: w Domu na Kaszubach jest kabina prysznicowa, korzystanie z której zawsze jest dla mnie wspaniałym przeżyciem. To jednak o klasę wyżej niż wanna. Czułem się jak ci bohaterowie The Walking Dead, którzy po tygodniach w ekstazie brali prysznic.
  • Na Kaszubach są... koty! Oto jeden z nich, nasz domowy kot o imieniu Kefir:Kot Kefir zabunkrował się na parapecie w salonie, gdzie może jednocześnie podziwiać przez okno zimowy krajobraz i grzać sobie ogon nad kaloryferem. Warto wiedzieć, że zgodnie ze słowami domowników koty ostatnio nie wychodziły z domu dalej, niż na kilkadziesiąt centymetrów, bo nie mogły przebić się przez zwały śniegu leżącego na tarasie.
  • Na Kaszubach jest... telewizja! Specjalnie dla Was nagrałem fragment programu informacyjnego i prognozy pogody; głosy pod koniec to ojciec Zamaskowanego Anglisty oraz Zamaskowany Anglista. Trzymajcie lacze, żeby Wam z nóg nie pospadały!

  • Kaszubska telewizja nazywa się CSB TV i można ją odbierać na kanale 143 cyfrowego Polsatu. Ojciec twierdzi też, że czasem puszczają brazylijskie telenowele z kaszubskim dubbingiem, jest więc na co się czaić!
  • Na Kaszubach jest... Facebook! Aby iść z duchem czasu, zamieściłem w listwie bocznej guzik, naciśnięciem którego możecie wyrazić swą aprobatę dla zamieszczanych tutaj treści. Like it!
Wracam integrować się z rodziną; owocnych przygotowań przedświątecznych!

wtorek, 21 grudnia 2010

Działalność dywersyjna!

Hej, Polacy! Aby dodatkowo pognębić Wasz naród, wylazłem dzisiaj na parapet szkoły językowej, wychyliłem się na mróz i po jakiejś minucie szarpania zdjąłem z frontu budynku polską flagę. Metalowa rura, na której była zawieszona, przymarzła chyba do zaczepu w murze, dlatego zabrało to tyle czasu! Od dzisiejszego dnia biało-czerwony symbol inwigilowanej nacji przestał powiewać na wietrze; kwestią czasu jest teraz powieszenie tam czarnego gryfa.

Nie, naprawdę! Wylazłem dzisiaj na parapet i zdjąłem flagę, ale powód był bardzo prozaiczny - w szkole zjawili się funkcjonariusze straży miejskiej i powiedzieli, że flaga jest brudna i że nie może wisieć w takim stanie, bo to znieważenie symboli państwowych. Nic dziwnego, faktycznie czysta nie była; wisi nad ulicą i w sąsiedztwie przynajmniej jednego zakładowego komina, porasta więc spalinami i sadzą w solidnym tempie. Nasza sekretarka nie chciała wyłazić na parapet, a kolega nie dał rady poluzować drzewca, ciężar zadania spadł więc na mnie, skromnego kaszubskiego najeźdźcę. Wykonałem je z przyjemnością!

Highlights z paru poprzednich zajęć!
  • Na zajęcia z nauczycielkami przyszedłem pół godziny przed czasem i od razu odkręciłem kaloryfery, gdyż w sali było zimno jak w psiarni; ośrodek oszczędza widocznie na ogrzewaniu. Do rozpoczęcia zajęć temperatura nie podniosła się znacząco, więc nauczycielki siedziały w kurtkach i z kubkami gorącej herbaty, a ja wirowałem pod tablicą w rozpiętym czarnym płaszczu. Jedna z pań określiła mnie wtedy jako man in black. To właściwe wykorzystanie języka, a poza tym I'm flattered.
  • Otrzymałem też od nauczycielek kartkę świąteczną, moją pierwszą w nauczycielskiej karierze. Needless to say, poruszyło to nawet moje zimne, mechaniczne serce robota faszysty. Oto sama kartka! W środku, poza życzeniami, znalazły się również podpisy grupy. To jest potężne voodoo, musicie przyznać.
  • Zajęcia w firmie przejąłem na wyłączność, łamiąc tym samym callanowską zasadę rotacji lektorów. Dobrze, bo panie z firmy są widocznie zadowolone, a ja mam dodatkowe godziny i całkowitą kontrolę nad procesem dawkowania wiedzy! Jedyną osobą z wątpliwościami wydaje się zakładowy cieć, który zawsze łypie na mnie podejrzliwie, kiedy przechodzę przez stróżówkę.
  • Na ostatnich zajęciach z inną grupą jedna z dziewcząt nagle się rozpromieniła i - kiedy tłumaczyłem passive voice - zapytała mnie szczebiocząc radośnie: a wie pan, jak jest po angielsku "skarbnica wiedzy"? Odwróciłem się od tablicy i odpowiedziałem natychmiast: why yes, yes I do; "treasury of knowledge". Jestem ciekawy, co młode wymyślą następnym razem, a póki co mam nadzieję, że podane przeze mnie wyrażenie znajdzie się w pełnym uwielbienia opisie mojej osoby!
...a teraz biorę się do pakowania, gdyż jutro wyjeżdżam porannym pociągiem na Kaszuby. Trzymajcie się i strzeżcie się czarnego księżyca! Nie dość, że zaćmienie, to do tego jeszcze przesilenie. Magia jest dzisiaj silna, więc rozejrzyjcie się za czarnym kogutem!

poniedziałek, 20 grudnia 2010

Słyszeliście kiedyś apokaliptyczne country?

No to macie okazję! A że nawet youtube'owy slideshow jest całkiem miły dla oka, więc czemu by nie spróbować?

A skoro jest to apokaliptyczne i konspiracyjne, otrzymuje oficjalną seal of approval Zamaskowanego Anglisty!

niedziela, 19 grudnia 2010

Gotuj z Zamaskowanym Anglistą #2!

Drogie panie, jak podbić serce mężczyzny? Zamaskowany Anglista podpowiada:
Lecz kim jest Shirley Boone, zapytacie? Otóż najwyraźniej jest ona żoną człowieka, który zaśpiewał na przykład to. Proponowaną potrawą jest chili, so there's a racist joke somewhere there, ale wznieśmy się ponad takie niskie instynkty.

Jeśli nie dostaniecie Wesson oil, to zapewne nada się też Olej Kujawski Trzy Ziarna, promowany swego czasu na planie Domu nad rozlewiskiem. Ciekawe jest też to, że w skład tego chili wchodzi najwyraźniej spaghetti, ale co zrobić! Widocznie taka już pokrętna droga do męskiego serca.

Zamaskowany Anglista nie ponosi odpowiedzialności za podbite, złamane lub wyrwane serca.

sobota, 18 grudnia 2010

Z antycznych ksiąg!

Zapragnąłem poczuć się jak historyk i zacząłem przekopywać książki, które z racji na niewielką wartość naukową i ogólną nieaktualność usunięto z naszej uniwersyteckiej biblioteki. Wśród nich znalazłem pozycję Komputery osobiste z jakże pięknego roku 1987. Oto rycina, która wywołała radość moją i kolegi z kanadyjskiego seminarium:
Wszystko to może być łagodnie zamazane, powiem więc: na rycinie, zgodnie z podpisem, widzimy a) manipulator drążkowy, b) manipulator potencjometryczny. Manipulator drążkowy stał się widocznie znany światu jako dżojstik, zaś manipulator potencjometryczny, po trwających tygodnie naradach środowisk akademickich, nazwano pokrętłem.

Na podstawie tej pozycji mogłem też poznać między innymi historię systemu operacyjnego MS-DOS (od wersji 1.0!), stan komputeryzacji w Polsce (był bardzo niski z racji na lukę technologiczną: brak mikroprocesorów, pamięci półprzewodnikowych, układów o dużej skali integracji, a w szczególności pamięci dyskowych) oraz w krajach RWPG. Poznałem cuda takie, jak komputer osobisty MAZOVIA 1016, który był zgodny ze IBM PC/XT i posiadał 16-bitowy mikroprocesor INTEL 8086 (lub radziecki odpowiednik, K1810WM86 - widocznie Zachód wygrał wyścig informatyczny dzięki bardziej chwytliwym skrótom).

Były to ciekawe czasy, kiedy interfejs graficzny był przyszłościową nowinką, UNIX był najlepszym systemem na świecie, dysk twardy był nie standardem, a gadżetem, który mógł znacząco przyspieszyć funkcjonowanie maszyny, a na dokładkę jako feature można było zamieścić punkt zmienna szybkość wirowania dyskietek.

Jedno, co się nie zmieniło: nawet w roku 1987 pisano, że firmowe ograniczenie pamięci Maca (tutaj do 128 KB, co ograniczało np. edytowanie tekstu do 24 000 znaków) można uznać za wadę konstrukcyjną. Firma Apple długo nie reagowała na zarzuty, dopiero pod dłuższym czasie powstały wersje komputera z większą pamięcią (...) Czy poprawiona wersja zdobędzie powodzenie? Nie wiadomo, ponieważ Atari sprzedaje model o podobnych możliwościach za znacznie niższą cenę.

Po więcej jeżdżenia po Apple ( i to bardziej współczesnego) zalecam udać się tutaj.

piątek, 17 grudnia 2010

Krzywdząca moc stereotypów!

Podesłałem kiedyś komuś z Polski - nie pamiętam już, komu - niniejsze panele. Spotkałem się z opinią, że Amerykanie są dennie głupi, bezczeszczą wielkie dzieło i w ogóle wszystko trzeba im podać w masce oraz pelerynie, żeby chociaż rzucili okiem. Spójrzcie sami na strony in question!
Ja oczywiście nie zgodzę się kompletnie z wyżej zaprezentowaną polską opinią! Moim zdaniem to przeurocza parodia, której celem nie jest oczywiście poważna dyskusja krytycznoliteracka nad tekstem źródłowym, ale dostrzeżenie zabawnie zbliżonego wzorca. Do tego całość wywołuje mój uśmiech także za sprawą strony graficznej: kreska stylizowana na komiks sprzed dekad to jedno, ale spójrzcie też, jaki symbol nosi na piersi Raskol albo czyją twarz ma stara lichwiarka!

Krótko mówiąc, podoba mi się to; doceniam dowcip oraz zamysł!