sobota, 31 grudnia 2011

Sylwester!

Postanowiłem pójść dzisiaj do fryzjera, bo ile w końcu można pozwalać włosom rosnąć bez ograniczeń? Wiele razy pisałem o tym, że krótkie włosy prezentują się doskonale - a że podwójne standardy są mi obce, stosuję tę regułę także do siebie! Obawiałem się nieco sylwestrowych kolejek, ale to już chyba nie te czasy, gdy panie czekały w kolejkach, by ułożyć sobie fantazyjnie włosy na imprezę - a może po prostu jeszcze nie ta godzina. Maszynka poszła w każdym razie w ruch i w dziesięć minut cała zabawa była już za mną! Co ciekawe, zawsze płacę tam mniej; kiedyś było to piętnaście złotych, ostatnio czternaście, dzisiaj trzynaście. Kaszuby i bizarro inflacja!

Bizarro. Domyślacie się na pewno kontekstu tego słówka, ale pada ono często szczególnie w kręgach komiksowych! Widzicie, wieki temu wydawnictwo Detective Comics Comics (nie mogę się powstrzymać, nigdy!) publikowało humorystyczne komiksy, których bohaterem był Bizarro - anty-Superman. I nie oznacza to wcale dokładnie zły Superman - Bizarro pochodził z Bizarro World, który był sześcianem, nie kulą, i gdzie panowały porządki zgoła odmienne od naszych!
Wszystko na odwrót, jak widzicie!
Niemal jak sam Jegor Łupan!
Bizarro World... or is it? Ale dosyć wstawek komiksowych, zapamiętajmy z tego wszystkiego, że na Kaszubach jest bizarro inflacja. Inwestorzy, przybywajcie!

Nachodziłem się potem po miasteczku szukając paluszków krabowych. Po wizycie w kilku sklepach, w których rozglądałem się na próżno, znalazłem je w końcu - go figure - w sklepie rybnym. Paluszków potrzebowałem na kolejną porcję sushi, które będzie służyć za imprezową przekąskę zamiast chipsów czy paluszków.

Vlad pyta już o to, czy będzie Modern Talking. Jeśli wygrzebiemy winyla, to i owszem, ale jeśli mówimy o Modern Talking, to nie można zapomnieć i o późniejszym Blue System i ich głębokim ideologicznym manifeście zachęcającym do modłów do kosmitów:

Pasuje tu doskonale! No, wskakuję pod prysznic, żeby umyć głowę i nie sypać ściętymi włosami do sushi. Was tymczasem zostawiam z życzeniami przyjemnego świętowania oraz piękną ilustracją, która przedstawia mnie, Vlada i młodego archeologa Macieja podczas odpalania fajerwerków!W głębi serca wiecie, że tak właśnie będzie to wyglądało.

piątek, 30 grudnia 2011

Niewyjaśnione dźwięki!

Good evening, Kashubia!

Słyszeliście kiedyś o Mel's Hole? Powstrzymajcie się teraz od sprośnych dowcipów; chodzi o faktyczną dziurę w ziemi, która znajduje się rzekomo na terenie należącym do faceta o nazwisku Mel Waters. To jedna ze starych historii z Coast, które od czasu do czasu powracają w archiwalnych nagraniach - dziura ta, zgodnie ze słowami Mela, ma bowiem nie mieć dna. Żeby tylko tyle! Pewnego razu spuszczono do niej mikrofon na długim kablu; sprzęt potrzeszczał i pobuczał, po czym zarejestrował osobliwe wycie i odgłosy, które zgodnie z interpretacją Mela są odgłosami Piekła.

Ja też mam nagranie z odgłosami Piekła, swoją drogą. To plik mp3, który niegdyś był nagraniem Besame Mucho; osobliwe procesy sprawiły jednak, że plik został opętany i przeszedł do historii jako szatan z trąbą - w pewnym momencie Besame zmienia się bowiem w dysharmoniczne rozwleczone basy i ryki. Dlaczego? Tego, moi drodzy, nie wie nikt.

Okazuje się, że na Wikipedii istnieje nawet cała lista niewyjaśnionych dźwięków. Znajdziecie na niej na przykład dziwaczne buczenie, które słychać czasem w różnych partiach globu - fenomen szeroko dyskutowany na antenie Coast - przez dziwny żabi rechot, który sowieckie łodzie podwodne rejestrowały w głębinach Morza Północnego, aż po rewelacyjnie nazwany bloop, czyli szaleńczo potężny i niski dźwięk dobiegający z dna Pacyfiku. Nic nie sugeruję, jeśli chodzi o jego źródło, bo i tak wiecie, co bym sugerował!

Poza tym, czas chyba zdjąć w końcu zakończoną ankietę z listwy bocznej! Wszystkie zarejestrowane głosy były przychylne wobec nowego wystroju bloga - 4 na estetyczny, 5 na czytelny oraz 3 na podoba mi się bardziej od starego. Opcje krytyczne nie cieszyły się powodzeniem i oddano na nie oszałamiającą ilość zera głosów. Cieszę się! Następnym razem nie obawiajcie się jednak i głosujcie tak, jak Wam serce dyktuje; kaszubski terror to jedno, ale szczery feedback też się liczy.

Wiem, wiem, był szczery - zatem thanks again! Co do okresu sylwestrowego - jutro zobaczycie doskonałą ilustrację przedstawiającą mnie, młodego archeologa Macieja oraz Vlada odpalających fajerwerki; pojutrze nie wiem, czy zobaczycie cokolwiek - po imprezie wyjeżdżam - ale nie lękajcie się, codzienne wpisy powinny wrócić już w poniedziałek lub wtorek.

Until then - be safe, everyone.



BLOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOP

czwartek, 29 grudnia 2011

Kaszubskie sushi!

Czym różni się sushi kaszubskie od zwykłego? Ano tym, że pakuje się do niego wszystko, co tylko jest pod ręką i może smakować dobrze. Domowym standardem są zawijańce z łososiem, papryką oraz ogórkiem; zazwyczaj towarzyszą im też takie z majonezem staroazjatyckiej marki Winiary oraz paluszkami krabowymi. Paski czerwonej papryki są w sushi naprawdę świetne i polecam łączenie ich właściwie ze wszystkim!

Inną domową specjalnością jest sushi z majonezem i jajkiem na twardo, które stanowi dobry zapychacz i pozwala wszystkim odejść od stołu z pełnymi brzuchami. Eksperymentalnie robiłem też sushi z parówką, ale smak parówy okazał się mało wyrazisty i na jednej próbie się skończyło. Tuńczyk też nie sprawdził się szczególnie dobrze; w smaku był w porządku, ale puszkowane mięso było posiekane tak, że za nic nie chciało trzymać się w środku - nadmiar akrobacji przy jedzeniu nie służy trawieniu. Nieźle wyszły za to robione dzisiaj zawijańce z krewetkami; krewetki po otuleniu ryżem zbiły się w dosyć jednolitą masę i ani myślały wypadać.

Według mojej filozofii, sushi to potrawa dokładnie taka sama, jak kanapka, makaron czy pizza. Nie mam oporów przed rzucaniem na pizzę takich dodatków, na jakie akurat mam ochotę, i sure as hell nie będę powstrzymywał się przed stosowaniem identycznej procedury w odniesieniu do sushi. Ostatnio zastanawiałem się nad dodawaniem owoców, ale czy słodki ananas lub brzoskwinia pasowałyby do słonego sosu sojowego? Tylko kolejne próby przyniosą nam odpowiedź!

środa, 28 grudnia 2011

Inwigilacja: "Anglista nierychliwy, ale sprawiedliwy" edition!

Czas na comiesięczną rundę sprawdzania, jakie terminy wyszukiwań sprowadziły tutaj poszukiwaczy prawdy z całego świata! Przed Wami co ciekawsze entries z okresu nieaktywności bloga.

jakie jest sterowanie w pegasusie - nie ma automatycznej skrzyni biegów, są jest za to kontroler kierunkowy, dwa (count'em, two!) guziki akcji oraz klawisze funkcyjne start/select. gdzie przeczytać komiks ścigani - na pewno nie na podłodze empiku, tak bowiem czyta je wyłącznie swołocz; jeśli nie chcesz kupować, to ściągnij chociaż wersję cyfrową i nie wystrzępiaj produktu, który ktoś kiedyś może kupi! Tak czy inaczej, Wanted to klasyczny Mark Millar, dużo krwi, kurew i dosyć płytkiego cynizmu, but it can well be fun if you're into it. Warto jednak orientować się nieco w uniwersum DC, żeby wyciągnąć z Wanted wszystkie aluzje. Stopień orientacji, o którym mówimy, to mniej więcej "wiem, kim są Clayface i Vandal Savage".
simy co to znaczy bah humbug polski - bah, humbug? Postawiłem niegdyś tezę, że wszelkie problematyczne wyrażenia można przełożyć na polski przy użyciu przekleństw. Dobrze wiecie, jakich.
przygotowuję się do egzaminu - I call BS on that, skoro siedzisz przed komputerem - chyba, że to jakaś autohipnotyczna mantra.
koksy świata - this is just too good! Pragnę teraz wejść w posiadanie takiego coffeetable album.
kostium wonderwoman - czy to jeszcze z Halloween, czy szukasz już prezentów świątecznych?
mężczyzna w płaszczu i kapeluszu - Była ciemna i burzowa noc. Mężczyzna w płaszczu i kapeluszu oparł się o balkonową balustradę i pstryknięciem posłał niedopałek papierosa na ulicę. Nagle odwrócił się i wykrzyknął Wasz Bóg jest martwy; ja zajmę jego miejsce! Zaśmiał się po raz ostatni i skoczył w ślad za papierosem.
trust none of what you hear - and less of what you see.
mutanci x men - to urok polskiego, prawda? W oryginale są tylko mutants, przetłumaczyć zaś można to albo na bardziej ludzkie mutanci, albo mniej ludzkie mutanty.
boska torba na laptopa - dzięki! Twoja też z pewnością jest niczego sobie.
demoty o facetach debilach - postaram się wejść w nastrój: wszyscy debile to faceci, ale czy wszyscy faceci to debile? Odpowiedź to oczywiście - teraz wszyscy chórem - po stokroć nie, a zarazem w dwójnasób tak!
asp modelka - po co Ci modelki z ASP? Masz mnie, Zamaskowanego Anglistę. Draw me like one of your French girls!
łodzie podwodne - ależ skąd, Kaszuby nie mają żadnych łodzi podwodnych. None, zero, nada!
ramka ze zdjeciem dla chlopaka - jeśli znajdzie się w niej wspomniany wyżej szkic Zamaskowanego Anglisty, chłopak na pewno będzie wniebowzięty.
znikający koleś - wbrew pozorom, sztuczka z nagłym znikaniem jest bardzo prosta. Robi się to tak: podnosisz łagodnie prawą dłoń, po czym niespodziew
złość kobiety - hell hath no fury like it, wiadomo.
strój Wonder Woman - znowu? Tych wyszukiwań było nieco, skłoniło mnie więc to do marginalnie płytszej refleksji. W kulturze masowej wydaje się funkcjonować pogląd, że dla comic book readers czy innych geeks stroje ulubionych bohaterek są czymś wyjątkowo hot. Po części pewnie dlatego, że przeważnie są albo skąpe, albo to skintight spandex, ale mimo to zupełnie nie wyobrażam sobie pójścia do łóżka z kimś odstawionym na modłę Wonder Woman, Phoenix czy Catwoman. It would just be too freaking weird. Catwoman jeszcze pół biedy, bo ona nosi w zasadzie po prostu skórzany kombinezon, ale chyba umarłbym ze śmiechu po dołożeniu do tego maski z kocimi uszami. Just think about it! Podsumowując powyższy too much information time, ludzie lubią różne rzeczy, ale wszyscy na pewno jesteśmy wartościowi - na swój sposób*.
kot aryjski - znany w ciemnych spelunach Internetu jako kitler. Oto on:
Kitler to jednak zasadniczo stara rzecz, krąży po internetowych bezdrożach już dobre pięć-sześć lat. Oto daję Wam więc prawdziwie aryjskiego kota!
Neat, huh? Zdjęcie nie zostało wykonane na Kaszubach.*
kolacja z rodziną
- that's sort of tame!
kobiety gwałcone przez dentystę - ...and this is not. Thanks for staying classy, Internet.
subtelny rasizm - that's sort of subtle!
ku klux klan oj tam oj tam - ...and this is not. Czuję się jak w segmencie Ulicy Sezamkowej.
rodzaje ujęć w Książe Persji - ignorowanie odmiany tytułów to jeden z moich pet peeves. Albo w filmie "Książę Persji", i jest OK, albo w Księciu Persji, i też jest dobrze.
maska przebranie putin - lepiej tego nie rób, jeszcze capną Cię specsłużby.
ogon jenota - Jenot jest hardcore.
rama zombiaków- jak zbiera się zombi? - what is this i dont even
tłusty spaślak - wygląda na to, że masz pleonazm. Nie martw się; mogę to wyleczyć.
jaki parapet do salonu - nieoheblowane deski dodadzą salonowi westernowego uroku i zniechęcą dzieci do siadania na parapetach!
"zamaskowany" jaka to część mowy? - imiesłów przymiotnikowy bierny. Nigdy nie mów, że niczego się tutaj nie nauczyłeś!
do mnie moja desko silver surfer - okazało się, że to taki parodystyczny pasek komiksowy: Silver Surfer wygłasza powyższe zawołanie, ale zamiast jego kosmicznego środka transportu przybywa do niego pani z mało rozwiniętym biustem. A real kneeslapper, ain't it? Miejmy nadzieję, że kiedy lokalna popkultura przyzwyczai się bardziej do superbohaterów, to i żarty z nich będą lepsze!
erich von daniken dzień w którym przybyli bogowie - najnowsza książka Danikena jest o mitologii greckiej, might be fun.
jak nazywa się piosenka z wrestlemani 27 na początku - nie wiem, ale była przeamerykańska.
marek sołtys anglista - trzy osoby czy jedna? Wy osądźcie.
problem filozoficzny - if two witches were watching two watches, which witch would watch which watch?
dywan superman - bardziej płaski niż deska Silver Surfera!
czy ktoś wysyłał omnadren do irlandii - ...zapytał handlarz sumplementów Zenek, widząc gwiazdę WWE Sheamusa.
plakaty propagandowe na temat oszczedzania
co żują araby - mutanci/mutanty, Arabowie/Araby. Dehumanizacja w pełnej krasie!
szyderstwo - wcale nie, oceny na tym blogu są może subiektywne, lecz bardzo rzeczowe!*
koles z krawatem - noszę wyłącznie czerwone krawaty. I to nie dlatego, że wzoruję się na filmowym The Spirit, który miał podobny gust - po prostu ta czerwień zawsze wydaje się taka dynamiczna i aktywna!
gwałt u dentysty - OK, poważnie, czy to jakiś hit Internetu? Sam zacząłem nawet szukać, ale nie znalazłem żadnej głośnej sprawy medialnej, która byłaby z tym związana. Zaśpiewajmy zatem razem: The Internet is for Porn!
hej troche tolerancji - ależ wcale Cię nie osądzam; chcesz sobie szukać gwałtów u dentysty, droga wolna!
rama lama ding dong - to już zdecydowanie bezpieczniejszy grunt. Ależ to była urocza pioseneczka! ŁooOOOoooOOOooo!
Undertaker mial wejscie Chopina - jestem w stanie w to uwierzyć, Marsz pogrzebowy to w końcu jego klimaty.
wiosenne przycinanie drzew - ciekawe, co dzieje się z drzewami pod moją starą stancją. Na Kaszubach drzew się nie przycina, a wyłącznie zrąbuje - zanim zarosną nasze z trudem wyrwane lasom uprawne poletka.
czy krokiety beda dobre trzymane w lodowce 4 dni - będą, na pewno będą! Zjedz je!*
jestem anglistą i czuję się wypalona - Now, I can provide you with a highly flammable liquid which is sure to... reignite your fire!
gra jedzie ludzik na wózku ze sklepu - pod moją pierwszą stancją - taką zupełnie pierwszą - znajdowałem czasem sklepowe wózki z TESCO. Pijani studenci zabierali je spod pobliskiego hipermarketu i jeździli w nich nocami, powodując nieziemski rumor.
jak sie nazywa mini gra w ktorej sie skakalo ludzikiem po platformach - Mini Mario?
przepowiednia o zabiciu znanego człowieka - w końcu nieznanym ludziom nikt publicznie nie przepowiada śmierci.
film na podstawie komiksu o diable - pewnie Hellboy, ale może znalazło się coś jeszcze?
"one-two punch" tłumaczenie OR polsku OR znaczenie OR znaczy - doskonale posługujesz się wyszukiwarką, zasługujesz na nagrodę! Klasyczny one-two punch mamy wtedy, kiedy w krótkim odstępie czasu najpierw otrzymujemy jedno (żart/złą wiadomość etc.) i myślimy, że to już wszystko, aż tu nagle rozmówca dokłada do tego jeszcze drugie, przeważnie mocniejsze. Przepraszam, upuściłem garnek z rosołem, który miał być na obiad. A, i spadł mi na Twojego kota.
Na ilu okładkach w czerwcu pojawi się Cameron Diaz 2011 - takie celebrity news to raczej domena św. Joanny. O ile lubi Cameron Diaz. Głowy nie dam!
korepetytantki porno - zły adres po raz kolejny; co dzieje się na korepetycjach, zostaje na korepetycjach.
sedzia krzyczy na kaczora donalda komiks - to będzie mniej więcej jedna trzecia komiksów z Donaldem. Dodaj chociaż, jaki sędzia i za co!
o co chodzi w tej wrestlemanii przeciez walki są ustawiane - chodzi o showmanship and a spectacle of suffering, jak twierdzi Marta z Mazowsza. Poza tym, jest różnica pomiędzy staged i fake. Nie da się udawać, że bycie rzuconym przez liny nie boli.
mieszkanie służbowe dla anglisty - serio? To musi być niezła fucha.
zespół hazard z zielonej góry - o zespole Hazard, chociaż nie wiem, skąd: "Najważniejsze atuty zespołu to: rozbudowany, 6-osobowy skład, umiejętność prowadzenia imprez rozrywkowych, różnorodny repertuar, dobre nagłośnienie, kultura osobista, motywacja do pracy oraz poczucie humoru..Szeroko pojęta muzyka taneczna stanowi największy procent produkcji estradowej Hazard-Band’u."
zamaskowani wrestlemani - są gwiazdami lucha libre, meksykańskiej odmiany wrestlingu.
jaki jest cel segregacji? - mówimy o segregacji ludzi czy odpadów?
angliści to ciule - love ya too, buddy.
porno z korepetytantka - huh, so you're a determined guy. Jeśli jesteś starszym nauczycielem i kręcą Cię uczennice, to chyba kiepska sprawa. Jeśli jesteś uczniem i kręci Cię pani udzielająca zajęć, to spróbuj "z korepetytorką". A poza tym naucz się angielskiego, całe porno świata jest po angielsku.
jakie filmy były nagrywane w gdyni - nie wiem, ale trzeba nakręcić film o katastrofie UFO w Gdyni. To był Roswell-class incident, a jak o tym cicho! Tuszowanie informacji musiało byc pierwsza klasa.
kim jest wasp z avangers - Wasp, w cywilu Janet van Dyne, to partnerka Ant-Mana, pod którym to pseudonimem kryje się naukowiec Hank Pym. Para ta przy pomocy tzw. Pym particles może dowolnie zmieniać swój rozmiar - od mikroskopijnego po naprawdę ogromny. Wasp posiada skrzydła i energetyczne "żądło", co brzmi trochę bardziej ekscytująco, niż hełm pozwalający na kontrolowanie mrówek, który nosi jej mąż. Swego czasu Wasp - projektantka mody - miała też zabawny gimmick - bardzo często zmieniała stroje.
Zachęcam do powiększenia! Ja zapamiętałem Wasp ciepło z racji na pozycję etatowej krótko ściętej brunetki w składzie Avengers, ale od tego czasu Wasp umarła i Ant-Man przejął jej codename, by uczcić jej pamięć.
nozyce do ciecia owiec - posłużą do ścięcia obciachowej kity Vlada, jeśłi spoimy go dobrze na imprezie sylwestrowej!
stroj bawarski - lederhoseny oraz śmieszne szelki? Czy to strój tyrolski?
gierka z pegazusa z facetem w bloku z winda- Elevator Action. Powiem Ci to z miejsca, grałem w nią namiętnie jako dzieciak.
gotowany swinski leb przepisy - z gotowanego świńskiego łba robi się tradycyjnie zylc.
zarzygany kukiełka - Jacek i Agatka idą na studia.
pieprz babe masturb movie - cześć, miło mi Cię poznać. Jestem Zamaskowany Anglista.
wiecie jaki tytuł nosi muzyka z czołówki domu nad rozlewiskiem? - nie, powiedz!
youtube.flotki porno - te flotki są dużo bardziej interesujące, niż reszta terminów. Chyba że to po prostu literówka i miały być fotki. L i O sąsiadują ze sobą na klawiaturze, więc...
cały komiks z kaczorem donaldem - przy odrobinie wysiłku znajdziesz w sieci całe zeszyty komiksów Carla Barksa. Warto.
wymierne efekty pracy anglisty - zawsze mnie cieszy, kiedy uczniowie wychodzą z zajęć mądrzejsi. Czuję, że przykładam wtedy własną cegiełkę do procesu rozwoju gatunku ludzkiego i tym właśnie oddalam nadciągającą apokalipsę. To nasza odpowiedzialność jako anglistów.
co z dalszym ciągiem animowanych avengers - nie wiem, ale dzięki za przypomnienie, muszę kiedyś obejrzeć w końcu ten serial!
"patka-łopatka" ass - patka-łopatka to Internet handle nieletniej czytelniczki bloga, miejże więc nieco przyzwoitości!
kobita przymierza majtki - zawsze robiłem sobie jaja z tego, że terminy wyszukiwań są bardzo porn-focused, ale drodzy goście, tym razem przechodzicie samych siebie.
Philips GoGear RaGa z radiem czy bez - z. Po niemal roku użytkowania nadal jestem bardzo zadowolony z odtwarzacza; polecam!
w którym odcinku domu nad rozlewiskiem ona jest z tym gościem głuchoniemym? - w pierwszym.
krewetki lubicie? - lubimy, towarzyszu!
w rękach kaczora - komedia z Kaczogrodu czy cięta political fiction?
stroj bawarski - dlaczego znowu ktoś szuka... oh, right.
...i to było z domyślnym filtrowaniem. Gdzie ja się uchowałem taki niewinny? Szybki google search stroju bawarskiego ujawnił, że nie chodzi wcale o niemieckie tradycje, a o biuściaste kelnerki. Enjoy, I guess?
kura koks - gdyby młody archeolog Maciej nie pompował swoich kur koksem, pewnie częściej znosiłyby jaja. Z drugiej strony - nie mógłby ich wtedy zaprzęgać do pługa, jak teraz.
MIKOŁAJ HARDCORE - GIVES THE MOST EXTREEEEME PRESENTS! TOTALLY RAD!
ile było ludzi na wrestlingu w gdańsku - prawie cała sala.
żule żebraki - mutanty/mutanci po raz kolejny.
mops grafika - masz na myśli psa czy Miejski Ośrodek Pomocy Społecznej?
penis po metanabolu - chyba nie odpada?
aktorki vintage - o, pewnie kolejny entuzjasta pornu, ale przynajmniej z klasą. We wszystkich terminach wyszukania będę już widział porn.
demon nieczystości - a nie mówiłem? To na pewno jakiś Japanese tentacle demon.
po czym poznać że zaczyna się poród - what, haven't you seen any romantic comedy ever? Poród zaczyna się od tego, że wsiadasz do taksówki.
jak nazywa sie zabawka stojaca na stole w iron man 2 - był tam taki gadżet z delfinami, dobrze pamiętam? To pewnie jakaś wariacja na temat kulek Newtona.

That was harsh! Okazuje się, że społeczeństwo w czasach kryzysu poszukuje więcej porno. Czy obserwacja ta wystarczy, by dostać kolejny dyplom magistra - z socjologii, powiedzmy? Żeby tak się stało, będę musiał przeprowadzić badania także za miesiąc. Do usłyszenia zatem!

wtorek, 27 grudnia 2011

Rewriting history, day after day!

Ale obciach! Czekałem bite dziesięć miesięcy, żeby zamieścić ten kawałek na święta, a kiedy wypadł świąteczny Muzyczny Poniedziałek, to oczywiście nie zorientowałem się, że to już ten dzień tygodnia. Nic to! Ogłaszam, że Muzyczny Poniedziałek jest dzisiaj - i zakrzyknijmy wszyscy oi to the world!

Oi oi! Piękna i życiowa świąteczna historia, warto się wsłuchać - i nie ma rady, końcówka tego teledysku jest dla mnie bardziej napełniona świąteczną radością, niż wszystkie szopki świata! Czy Wam też przed punkowym teledyskiem wyświetliła się reklama coca-coli? To takie rozczulające!

Oi to the world and everybody wins!

poniedziałek, 26 grudnia 2011

A spectacle of suffering!

Dla niektórych rodzin Święta to kolędy i pasterka. Dla innych - Last Christmas i Kevin sam w domu. Dla nas to moonshine and poker. Nie podkopuję tutaj validity żadnego z tych podejść, zauważam tylko, że nasze przynosi nam masę radochy!

Marta z Mazowsza prosi też mnie o zamieszczenie, a Was o rozważenie poniższych słów Barthesa:
There are people who think that wrestling is an ignoble sport.
Wrestling is not a sport, it is a spectacle, and it is no more ignoble
to attend a wrestled performance of Suffering than a performance
of the sorrows of Arnolphe or Andromaque.
Pamiętajcie też, nawet samo WWE określa wyświetlane regularnie wrestling shows nie jako wydarzenia sportowe, a jako serial sportowo-przygodowy. Odchodzi się też od samego słowa wrestler, tak naprawdę; jeśli posłuchacie kiedyś komentarza z meczu, to jest ono z niego podejrzanie nieobecne. O występujących mówi się po prostu superstars, żeby odejść jeszcze dalej od tego sportowego zamieszania.

Ryby nakarmione, wracam na dół do karcianego stołu! Mam nadzieję, że nikt nie podkradł mi żetonów.

niedziela, 25 grudnia 2011

Świeta trwają!

Siedzę z rodziną i zajmujemy się zabawami logicznymi - ciocia wytrzasnęła skądś pudło pozornie niemożliwych do rozczepienia drewnianych klocków, które należy rozczepić bez dokonywania trwałych zniszczeń. Fun for all ages! Wyszliśmy też na wieczorny spacer i dzisiaj oficjalnie po raz pierwszy założyłem płaszcz i kapelusz. Śniegu nie mamy żadnego, kropi okazjonalny deszczyk; temperatura trzyma się twardo na poziomie czterech stopni. Podczas spaceru wpadliśmy na stojącego w cieniach Kaszuba, który wycinał kolędy na harmonijce. Duch mojego small town nie ginie!

Piszę takimi telegraficznymi hasłami, bo nie chcę siedzieć niepotrzebnie przy komputerze - szczególnie, że rodzina postanowiła obejrzeć horror Istota (Splice), który swego czasu bardzo mi się spodobał. Ciocia nadal bryluje; gadaliśmy o naszych ulubionych odcinkach Archiwum X, jako że jest starą fanką. Jej to ten z grzybami rosnącymi w krtaniach ofiar; mój to Darkness Falls, ten z zaginięciami drwali i tajemniczymi owadami, które są aktywne tylko w ciemności. No, nakarmię jeszcze ryby i wracam na dół, a Was zostawiam z takim oto obrazkiem!Girlsy są najwyraźniej bardziej lotne i im przypominać nie trzeba.

sobota, 24 grudnia 2011

Small town, saturday night #2 - wydanie wigilijne!

So, first things first.
Teraz zakrzykniecie oburzeni: whatcha playin at, fool? Wiglia wigilią, ale miało być "Small town, saturday night", gdzie głupie fotki z Kaszub? Ja odpowiem Wam na to, że świąteczny Spider-Man akurat dobrze nas wprowadzi w ich tematykę. Behold!
Takie ogłoszenia znalazłem, kiedy wróciłem akurat z Polski. Występ Spider-Mana niestety mnie ominął, ale po stanie plakatu widać, że sprowokował on gniew kaszubskiej społeczności - po raz pierwszy w Polsce? Faux pas, Piterparker, faux pas. Swoją drogą, oglądaliśmy kiedyś z Vladem i Młodym Archeologiem Spider-Mana z włoskim dubbingiem; wszyscy cały czas krzyczeli i zwracali się do głównego bohatera jednym scalonym słowem Piterparker!
Trochę zdrowej cenzury nikomu jeszcze nie zaszkodziło, postanowiłem więc urozmaicić moje cenzorskie obowiązki szaleństwami w profesjonalnym programie graficznym MS Paint. Efekt jest zarazem kaszubski i świąteczny!

Anyways, szkoda że Piterparker wyjechał od nas tak szybko, mieliśmy szansę na klasyczny superhero team-up. Może nadal podróżuje po świecie? Może to on będzie Waszym niespodziewanym gościem przy wigilijnym stole? Na pewno nie będę nim ja, bo przygotowane u nas w domu jedzenie wygląda zdecydowanie zbyt dobrze, by gdziekolwiek się ruszać!

Pożegnam dziś każdego i każdą z Was z osobna pięknymi, tradycyjnymi kaszubskimi życzeniami. Otóż widzicie, przed wigilijną wieczerzą starzy Kaszubi spoglądali zazwyczaj na suto zastawiony stół, wspominali wydarzenia mijającego roku, po czym patrzyli sobie głęboko w oczy i mówili: nażryj się.

Czego i Wam dzisiaj życzę, w jak najprzyjemniejszej domowej atmosferze!

piątek, 23 grudnia 2011

Wizytówki!

Good evening, Kashubia!

Jakiś czas temu miałem wykopać trochę osobliwych roślin, które wyrosły u nas w ogrodzie. Kopanie było całkiem przyjemne - jak każda praca fizyczna wykonywane zresztą z Coast na uszach - ale pod sam koniec kaszubskie rośliny przypuściły kontratak; szpadel utkwił pomiędzy kłączami, a trzonek zwyczajnie trzasnął w moich - jak się okazuje - nadludzko potężnych łapach.

Long story short, zdecydowałem się podejść do znajomego, który zamiast wyjeżdżać jak frajer z Kaszub został na nich i z pomocą rodziny otworzył sklep ogrodniczy. W pewnym oparciu o fakty umówmy się, że nazywają go Niedźwiedziem. Otóż zawiadomiłem Niedźwiedzia poprzedniego dnia, że chcę wspomagać lokalny biznes i wpadnę do niego po trzonek; przy okazji pogadaliśmy nieco i okazało się, że od czasów matury trzyma on jeszcze jakieś moje książki. Jakie? Cholera wie, ja już na pewno dawno zapomniałem, ale Kaszubi są znani z uczciwości*. Pogratulowałem Niedźwiedziowi ładnego widoku w miejscu pracy - ma kasę vis a vis okna i oszklonych drzwi, super - on zaś podzielił się ze mną refleksją, że gdyby nie wiedział z innych źródeł, że chodzące przed jego sklepem dziewczyny to gimnazjalistki, to nigdy w życiu by się nie zorientował. Czy mówił to z żalem, czy z rozrzewnieniem trudno stwierdzić, bo Niedźwiedź - jak wypada - jest solidnie zarośnięty. Książek niestety zapomniał zabrać, ale wymieniliśmy się wizytówkami.

Naszła mnie wtedy refleksja - niedawno jeszcze pluliśmy na pociągi i chowaliśmy się pod mostem, a teraz wymieniamy się wizytówkami! Świat poszedł naprzód, zdecydowanie.

Kiedy zaś maszerowałem do domu z trzonkiem w ręku, zauważyłem leżące na chodniku kluczyki do samochodu - promocyjnie spięte od razy z kluczami od domu. Jako że Kaszubi są niezwykle uczciwi*, a karteczki z adresem niestety nie było (wpadłbym pewnie na kawę w okolicach drugiej nad ranem), zostawiłem cały pęk w rejestracji pobliskiego ośrodka zdrowia. Pani w okienku zasugerowała mi, żeby dorzucić do kluczy swój telefon, gdyż - jak powiedziała - no jak świat światem, przynajmniej by się "dziękuję" należało. Wizytówka była więc po raz kolejny jak znalazł.

I jakżeby inaczej, wieczorem tego samego dnia otrzymałem telefon od właścicielki kluczy. Pani w recepcji powiedziała jej najwyraźniej, że zwrócił je czarujący nieznajomy w masce, otrzymałem zatem wylewne podziękowania i życzenia wesołych świąt. Znaleźnego niet, ale dobra karma jest wystarczającą nagrodą sama w sobie. Small town superheroing.

Jeśli po całej tej historii wykrzykniecie matko droga, ja też potrzebuję wizytówek!, to mogę polecić firmę VistaPrint. Bombardowali mnie swego czasu spamem z ofertą darmowego wyrobienia 250 sztuk, więc w końcu postanowiłem call them on that. Proces przebiegł mniej więcej tak:

VP: Zrobimy dla Ciebie 250 wizytówek za darmo!
ZA: Oh yeah? No to zróbcie, śmiało, to na pewno jakiś przekręt!
VP: Oh yeah? No to masz 250 darmowych wizytówek, i co Ty na to?

Zgadza się, trzeba zapłacić za przesyłkę (w granicach normy) i opcjonalnie można sypnąć też groszem na bajery (ja wybrałem ładniejszy rewers za dodatkowe 8 zł), ale koniec końców i tak zapłaciłem w okolicach 20-30 zł, a wizytówki sprawdzają się A-OK.




* - nawet nie muszę tłumaczyć tej gwiazdki, prawda? To chyba naturalna ewolucja interpunkcji; widzimy ten znak i wiemy, że oznacza yeah, right**.








** - yeah, right. Gotcha!

czwartek, 22 grudnia 2011

Nic nie mówi "święta" tak, jak...

...wyrzucanie kocich gówien. Przyszedł czas przedświątecznych porządków, jednym z moich zadań było więc opróżnienie kuwety stojącej w piwnicy. Czego smęcisz, Anglisto!, powiecie; chyba wszyscy właściciele kotów muszą to robić. I jak zwykle macie rację, tyle tylko, że na Kaszubach - jak w Teksasie - everything is bigger. Kuweta z piwnicy nie jest rozmiarów tacki pod sernik, a piaskownicy dla małych dzieci. Choćbym łykał koks trzy tygodnie, i tak bym jej nie podniósł - musiałem więc cierpliwie przerzucać łopatką piach z gównami do wiader, a następnie wysypywać to wszystko za płot. Dlaczego za płot? Bo jestem hojny, a jak inaczej okazać sympatię, niż użyźniając cudzą ziemię.

Z serii "pierwsze zajęcia" - przybył dziś do mnie WMF, Właściciel Małej Firmy. Mała firma funkcjonuje prężnie w jednej z sąsiednich wiosek, a facet chce nauczyć się angielskiego przynajmniej na tyle, żeby na początek móc zamówić kawę podczas zagranicznych wojaży. Zaczęliśmy zatem zupełnie od zera, i chociaż WMF naturalnym talentem nie jest, to nadrabia to dociekliwością i chęcią nauki. Zawsze jest wygodne, kiedy uczeń sam potrafi powiedzieć ej, tego nie łapię chyba, zamiast siedzieć i liczyć na to, że nikt nie zauważy, a ten materiał na pewno też nie jest taki ważny. Na koniec spotkania otrzymałem też niemal podwójną stawkę, ale to już mniej hojny gest, a bardziej zadatek na poczet kolejnych zajęć.

Świąteczne zajęcia na całego, poza tym. Choinka ubrana, mak zmielony (jak co roku, bardzo mnie to zrelaksowało), prezenty pokupowane, porządki niemal skończone. Jutro około południa przybywają do nas dziadek i ciocia - polska gałąź naszej rodziny - będzie więc stopniowo mniej pracy, a więcej picia. Czego i Wam życzę, odmeldowując się!

środa, 21 grudnia 2011

Idą święta!

Wczorajsze spotkanie było bardzo sympatyczne, choć większość gości przetrwała je właściwie o suchym pysku! Okazało się, że Vlad jest jak zwykle na antybiotykach, a młody archeolog prowadzi, więc ponury obowiązek dojenia piwska spadł na moje barki. Samemu to jednak nie to samo; osuszyłem dwa Portery i nowe piwo Żywiec Bock, które też było całkiem niezłe - pozostanę jednak lojalny wobec Portera.

W trakcie spotkania miała miejsce tradycyjna wymiana darów; wróciłem do domu bogatszy o anglojęzyczną historię Stanów (bardzo ładnie wydaną, aż kusi do czytania; nie to, co te cegły, z których zakuwałem na pierwszym roku studiów!), winyla z największymi hiciorami Boney M (w tym nieśmiertelne klasyki Daddy Cool i Ma Baker), który jak nic będzie wirował na talerzu podczas sywestrowej imprezy oraz - uwaga - grę planszową Zaczęło się w Polsce. O grze tej już kiedyś pisałem; razem z młodym archeologiem Maciejem braliśmy bowiem udział w konkursie historycznym, w którym można było ją wygrać. Obaj zwyciężyliśmy, a organizatorzy zadzwonili do nas z pytaniem, czy wolimy grę w wersji anglojęzycznej, czy polskojęzycznej. Młody Maciej zapragnął bawić się w mowie Piastów, mnie studia zobligowały do wyboru angielskiej - nie miało to jednak żadnego znaczenia, bo koniec końców młodemu Maciejowi przesłano wersję angielską, a mnie, żeby ładnie powiedzieć, przesłano przysłowiową figę z makiem. Młody archeolog postanowił jednak naprawić dziejowe niesprawiedliwości i przekazał swoją kopię mnie, lokalnemu człowiekowi od planszówek!

Grę dopiero co przejrzałem i zapowiada się na wyjątkowo obrazoburczą zabawę! O ile nic nie pokręciłem, gra - doceńmy to - jest podróbą gry Magiczny Miecz, będącej podróbą gry Magia i Miecz, będącej podróbą gry Talisman. Mniejsza już jednak o dyskusje nad prawami autorskimi; pomyślcie sobie, że przygodową grę, w której awanturnicy zbierają miecze i amulety po to, by walczyć z potworami przetłumaczono na pozycję, w której ksiądz, student, nauczyciel i aktor pospołu kolekcjonują noże i karabiny, żeby walczyć z menelami i SB. Poważnie. Trudno więc powiedzieć, czego spodziewać się po rozgrywce; albo będzie to najlepsza gra na świecie, albo wprost przeciwnie. Dodam może tylko, że jedną z kart przygód jest na przykład pobyt w Auschwitz; rzuć kostką i sprawdź, co się z Tobą stanie. Różne wyniki na k6 odpowiadają na przykład utracie punktów życia, śmierci przyjaciela czy udanej ucieczce. Fun fun fun, a w późniejszej fazie gry można też zaliczyć bycie internowanym. Przejrzę chyba pudełko do końca i narobię skanów co lepszych kart!

Miałem też dzisiaj kolejne zajęcia z MO, Małżeństwem z Okolicy. Końcówkę spotkania poświęciliśmy na powtórkę i praktykę metodą Callana, która to metoda natychmiast zdobyła serca MO. Heck, spodobało im się na tyle, że zajęcia przeciągnęły się dłużej i zainkasowałem niemal podwójną stawkę. Oczywiście, to oni sami ją zaproponowali, a mi nie wypadało odmówić! Dobrzy ludzie, dobrzy ludzie; to też potraktuję jako prezent na święta.

wtorek, 20 grudnia 2011

Dzisiaj pędzę na przedświąteczne spotkanie z Vladem i młodym archeologiem Maciejem...

...ale za to dam Wam panel, który trudno przebić:
Let fops and dandies bridle at the smell of a true man! Zobaczymy, jak zareagują na niego moi kaszubscy kompani.

poniedziałek, 19 grudnia 2011

Przybywam, by zaspokoić Wasz głód country!

Nakarmię Was na przykład takim oto sympatycznym kawałkiem:

Kawałek ten był jednym z wielu, które można było usłyszeć w stacjach radiowych starej, lecz jakże dobrej gry GTA: San Andreas. Jej tematyka kręciła się raczej wokół czarnego getta i miejskich wojen gangów w latach '90, ale nic nie stało na przeszkodzie, by stanowiącego nasze alter ego Afroamerykanina przebrać z domyślnych łańcuchów i workowatych portek w kowbojskie łachy i kapelusz! Good times, good times.

niedziela, 18 grudnia 2011

Huzzah!

Dawczyni Połowy Moich Genów dała mi dziś kilka kostek czekolady, na co odpowiedziałem jej, że jest zbyt dobra. W odpowiedzi zauważyła, że daje mi tę czekoladę dlatego, że jest przeterminowana już od maja; zjadłem i nie padłem, więc resztę skonsumujemy pewnie do kawy.

Anyways, what's crackin'? Skończyłem już niemal świąteczne zakupy; łaziliśmy wczoraj z Vladem po centrum Gdyni i nadużywaliśmy gościnności księgarń. W jednej sprzedawczyni usiłowała sobie przypomnieć tongue-twister z she sells seashells; błysnąłem spod mojej konspiracyjnej czapy, że jestem anglistą i chętnie pomogę. Pani się ucieszyła, ja się ucieszyłem, wszyscy poczuli się spełnieni. Gorzej było w innej księgarni, w której zacząłem przeglądać niewystawione jeszcze pozycje w pudłach pod półkami; podskoczyła do nas antyczna księgarka i zaczęła się oburzać, że przecież nie wolno. Vlad twierdził, że widział, jak pani żyłka skacze, ja zaś - kucając przy pudłach - przeprowadziłem z panią najbardziej znudzony dialog, jaki tylko mogłem ("ech, tutaj przynajmniej komiksy nie są zafoliowane, muszę zobaczyć, zanim kupię" "czyli tutaj są tylko kopie pozycji, które są już wystawione? ooo" "a znajdzie się coś dla młodszej siostry? szukam tego i tego"), so that was kinda fun. Sprzedawczyni miała jednak urok kucharki z GSowskiej stołówki, zdecydowaliśmy się więc zmienić lokal.

Zadumałem się właśnie nad słowem ekspedientka. W spożywczaku - owszem, w papierniczym czy w obuwniczym - czemu nie, w żelaznym - na upartego też. Gdzie właściwie kończy się zakres tego słowa, że w stosunku do księgarni, kiosku czy supermarketu nie przyjdzie nam ono raczej do głowy? W tym ostatnim przypadku to w miarę jasne, bo tam nikt nam nic osobiście nie sprzedaje, a jedynie kasuje należność.

Anyhoo, postanowiłem kupić młodszej siostrze dwie książki Pratchetta; jest w takim wieku, że powinny do niej trafić. Nie chcę tutaj pluć na Terry'ego jadem, ale po skończeniu liceum jakoś już nie bardzo mogłem go strawić - niech więc młoda korzysta, póki może. Zawsze miałem wrażenie, że facet pisze sympatyczne fabułki i umie nadać opowiadanym historiom taki miły, ciepło ton, ale do prawdziwego śmiechu chyba nigdy mnie nie doprowadził. Do uśmiechania się pod nosem - na pewno, ale chyba nigdy do klasycznego laugh out loud. O dziwo, już lepiej udawało się to staremu, dobremu Stephenowi Kingowi - podejrzewam więc, że chodzi głównie o jednorodność tematyczną. U Pratchetta pamiętam głównie "humor humor humor humor", linię prostą, u Kinga zaś raczej "obyczajówka horror psychologia terror humor", wykres dużo ciekawszy. Jeden odpowiednio wstawiony żart potrafi ubawić czasem lepiej, niż cała książka humorystyczna - po kilku stronach łatwo stać się po prostu desensitized. Wracając jednak do prezentów - młoda dostanie Morta i Muzykę duszy; pierwszą, bo była dobra (o ile dobrze pamiętam!), drugą zaś głównie z racji na nastoletnią protagonistkę, bo czy była dobra, nie pamiętam ani trochę. Pamiętam za to, że na jej podstawie zrealizowano miniserial animowany, który wspominam całkiem ciepło - ale było to dawno, dawno temu.

Z zupełnie innej beczki - podczas przedświątecznych porządków znalazłem w pokoju małą kryształową piramidę. Postanowiłem urządzić sobie reenactment wszystkich teorii Danikena i wrzuciłem ją do akwarium. Nich teraz ryby dociekają istnienia pozaakwaryjnej inteligencji, która stworzyła tę tajemniczą strukturę!

A na sam koniec: http://www.humblebundle.com/. To akcja charytatywna, w której można kupić pięć gier niezależnych twórców za taką kwotę, jaką uznamy za stosowne - nawet jednego amerykańskiego centa, if ya a cheap bastard. Ofiara powyżej 5.33$ (generalna zasada to "powyżej kwoty średniej wpłaty") pozwala jednak otrzymać dwie dodatkowe pozycje, jedną z których jest wzbogacona wersja klasycznej freeware'owej platformówki Cave Story. Kupione gry można, oczywiście, aktywować na Steamie - a że część z zysków idzie na cele dobroczynne, to naprawdę można tego piątaka wysupłać!

Pełna wersja Cave Story - klasyczna, nie ta "+" z dodatkowymi bajerami, którą możemy kupić - jest dostępna tutaj. Spróbujcie, jeśli lubicie klasyczne platformówki, bo nie zna życia, kto nie został zaatakowany przez wielki toster krzyczący "Huzzah!"

sobota, 17 grudnia 2011

Small town, saturday night #1

Narobiłem nieco fotek z rodzinnego miasteczka i okolic, więc dlaczego by się nimi nie podzielić? Taki na przykład znak można znaleźć u nas przy jednej z rozkopanych dróg:Oburzeni z Kaszub! Wielkie ruchy społeczne dotarły i do nas. Swoją drogą, podoba mi się też zidentyfikowanie figurki ze znaku jako grabarza.

piątek, 16 grudnia 2011

Z promocyjnego kosza: Zeno Clash

W dzisiejszych czasach nie trzeba już przeglądać koszy w hipermarketach w poszukiwaniu czegoś, w co można by pograć; wystarczy od czasu do czasu zalogować się na platformę Steam, która codziennie raczy nas innymi promocjami! Co jakiś czas zdarza mi się upolować tam jakiś tytuł, i przeważnie płacę za taką przyjemność od dwóch do pięciu euro.

Cały ten biznes z promocjami jest o tyle ciekawy, że często przeceniane są tytuły mniejszych studiów lub zwyczajnie mniej popularne. Pozwala to często odkryć perełki, których istnienia nawet by się nie podejrzewało! Umówmy się więc tak: ja będę skrobał sobie tutaj wesoło o rzeczach, które mi się spodobały - a kiedy ponownie będą w promocji, zawiadomię Was o tym na Facebooku. Gra? Pewnie, że gra; wiedziałem, że się dogadamy. Grą na dzisiaj jest...

Cena promocyjna: 2,49 euro

Kiedy śpię za długo, mam zawsze szaleńczo dziwaczne i surrealistyczne sny. Kiedy po raz pierwszy zobaczyłem zapowiedzi Zeno Clash, poczułem, że ktoś właśnie wziął jeden z takich snów i przyoblekł go w tysiące linijek kodu – tak, żeby można go było przeżyć na życzenie!

Od strony tematycznej gra ta pozwala nam wejść w skórę mężczyzny o imieniu Ghat, który jest synem ptasiokształtnej hermafrodytycznej istoty znanej jako Father-Mother. Ghat popełnił najwyższą zbrodnię, jaka jest możliwa w jego anarchistycznej rzeczywistości – targnął się na życie Father-Mother – w rezultacie czego na jego życie zaczynają dybać dziesiątki jego zdeformowanych braci i sióstr. Ghat daje więc dyla z zasiedlonego przez swą rodzinę miasta i rusza w podróż, która zawiedzie go – całkiem dosłownie – na sam koniec świata i z powrotem.

Od strony mechanicznej gra jest uwspółcześnioną wersją gatunku beat’em up, którym to – o ile mieliście dosyć szczęścia – mogliście napawać się na stojących w zadymionych budach automatach. Każda nowa lokacja rzuca naprzeciw naszemu protagoniście grupę przeciwników, z którymi trzeba się rozprawić przy użyciu własnych rąk i nóg. Zapomnijcie jednak o matriksowych akrobacjach; Ghat posługuje się wyjątkowo prostym i życiowym – chciałoby się powiedzieć "kaszubskim" – stylem. Walka zaczyna się przeważnie od krótkiej wymiany prawych prostych z przeciwnikiem; jeśli przytłoczymy oponenta ofensywą lub złapiemy go na błędzie w blokowaniu, możemy go ogłuszyć. Wtedy łapie się delikwenta za kudły, tłucze go kolanem w nos – raz, drugi, trzeci – i rzuca na ziemię, żeby szybko dopaść do niego i zacząć zaoferować leżącemu kilka sympatycznych kopów w brzuch czy żebra. Walki są bardzo szybkie, odpowiednio trudne i naprawdę satysfakcjonujące.

Jest to niewątpliwą zaletą bardzo śmiałej decyzji, którą podjęli twórcy: zamiast obserwować poczynania Ghata z boku, jak przyjęło się kiedyś, lub z bardziej współczesnej perspektywy trzeciej osoby, wskakujemy po prostu w jego skórę i doświadczamy akcji oczami bohatera. Czyni to cuda, jeśli chodzi o napięcie: jeśli walczymy z kilkoma przeciwnikami, realistycznie ograniczone pole widzenia zmusza nas do pamiętania, gdzie się znajdują. W nastrój pomaga też wejść doskonała praca kamery: każdy wyprowadzony i otrzymany cios ma swoją moc i wagę. Gdy Ghat uderza potężnym sierpowym, kamera odchyla się tak, jak normalnie odchyla się głowa podczas zadawania takiego ciosu. Otrzymane uderzenie skutkuje zaś często bolesnym odbiciem kamery w bok, co potrafi dodatkowo zdezorientować i zamienić jedno wrogie uderzenie w lawinę kolejnych. Zaznaczę jeszcze, że ta fizyczność kamery została zrealizowana z prawdziwym wyczuciem – stanowi uatrakcyjnienie i okazjonalne utrudnienie, ale nigdy nie przeszkadza przesadnie w rozgrywce.

Sterowanie również zasługuje na pochwałę. Wachlarz ciosów Ghata przypomina przemyślane menu – pozycji jest niedużo, ale są dobrze przyrządzone i świetnie do siebie pasują. Mamy tam wszystkiego cztery uderzenia (prosty, sierpowy, mocny sierpowy, staranowanie łokciem w biegu); jeden chwyt; trzy rzeczy, które ze złapanym delikwentem można zrobić (tłuczenie kolanem, rzut, uderzenie łokciem w potylicę) oraz manewry dodatkowe: blok, unik, kontrę i możliwość kopania leżących. That’s it, i nigdy podczas gry nie czułem, bym potrzebował więcej. Niewielka ilość ciosów oraz fakt, że są one wszystkie dostępne praktycznie od początku gry sprawiają, że nauczenie się ich zabiera raptem kilka minut. Domyślacie się jednak na pewno, że mechanika ta jest easy to learn, but hard to master. Ghat okazjonalnie posługuje się również bronią - poza pałką czy młotem mamy na przykład przyjemność postrzelać z kościanej kuszy czy pistoletów wykonanych z rybich głów. Broń jest jednak dostępna tylko w określonych segmentach gry, a do tego jest powolna, prymitywna i wprost zachęca przeciwników, by wybili nam ją z rąk. To miłe urozmaicenie, lecz rdzeniem gry zdecydowanie jest walka wręcz.

Jeśli mamy możliwość podkręcenia grafiki na najwyższe detale, to jest ona po prostu cudowna. Kolory są żywe, ruch płynny, a projekty postaci i otoczenia są na tyle surrealistyczne, by czasami skłonić gracza do zatrzymania się po prostu w miejscu i rozejrzenia wokół. W trakcie kilkugodzinnej przygody zwiedzamy las zamieszkany przez stwory, które nie są slaves of reality; pustynię, po której kroczą gigantyczne, prehistoryczne ssaki; kraniec świata, który jest przejmująco ciemny, zimny i pusty. Wszystko to ocieka nastrojem tak bardzo, że w pewnym momencie łapiemy się na tym, że właśnie walczymy ze ślepym myśliwym, który stojąc na łbie ogromnej bestii ciska w nas wiewiórkami z przytroczonym do grzbietów dynamitem - i przesadnie nas to nie dziwi.

Największą wadą gry jest zdecydowanie jej długość. Poznanie całej historii Ghata i jego konfliktu z Father-Mother zajmie nam - w zależności od umiejętności - od czterech do sześciu godzin. Świadomi tego problemu, twórcy gry dołożyli do niej osobny tryb wyzwania: wielopiętrową wieżę, na każdej kondygnacji której czyhają na nas przeciwnicy. Tryb ten jest prosty, ale dobrze zrealizowany; wiele z kondygnacji wieży pozwala nam doświadczyć walk, które są naprawdę ciekawie zaaranżowane. Nic nie stoi też na przeszkodzie, by zwyczajnie przejść po raz kolejny tryb fabularny: rzadko zdarza się, by dwie walki potoczyły się tak samo; doświadczenia zawsze będą nowe.

Gra jest też skrajnie linearna - nie ma żadnej możliwości wyboru ścieżki, którą chcemy pójść. Ghat przechodzi od jednego set piece do drugiego, od jednej walki do kolejnej; pod tym względem gra naprawdę przypomina stare gry, w których przesuwamy się z ekranu na ekran i musimy pokonać wszystkich wrogów, zanim zostaniemy przepuszczeni dalej. Zeno Clash przeplata kolejne starcia scenkami fabularnymi; są one na tyle osobliwe, że zawsze stanowiły dla mnie miłą chwilę oddechu i nagrodę za pokonanie ostatniej fali przeciwników.

Wiele recenzji zarzuca Zeno Clash zbyt wyśrubowany stopień trudności, ale nie mogę sie z tym zgodzić. Nie jestem niesamowicie zapalonym graczem i zdecydowanie nie mam już refleksu takiego, jak kiedy grałem w strzelanki lata temu, ale nigdy nie czułem się tutaj sfrustrowany czy przytłoczony. Owszem, gra zmusza nas przeważnie do walki z trzema lub czterema przeciwnikami naraz, ale odrobina taktycznego myślenia pozawala zwykle zniwelować jakoś ich przewagę.

Zeno Clash to fantastyczny i oryginalny throwback w czasy klasycznych gier beat 'em up, zrealizowany z wyczuciem tematu i świetnym zamysłem artystycznym. Anarchistyczno-postapokaliptyczna estetyka pasuje doskonale do tytułu, którego lwią część zajmuje tłuczenie groteskowych półludzi po twarzach, dziobach lub maskach. Jeżeli macie ochotę doświadczyć nieziemskich wizji, a wolicie nie zażywać grzybków - ta gra będzie w sam raz dla Was. Ja bawiłem się doskonale, a do tego Zeno Clash można kupić taniej, niż bilet do kina - i zdecydowanie taniej, niż wspomniane grzybki. Na sam koniec zachęcam Was jeszcze do obejrzenia jednej z zapowiedzi gry!


Why not?

czwartek, 15 grudnia 2011

MO atakuje!

Nie jest to jednak Milicja Obywatelska, tylko Małżeństwo z Okolic! Miałem dzisiaj z nimi pierwsze zajęcia; pani od razu zrobiła na mnie dobre wrażenie, gdyż wypytała z miejsca o wszystko, o co tylko można wypytać. Podręcznik? Cena? Moje kwalifikacje? Terminy? Państwo byli zadowoleni z wszystkich odpowiedzi, wzięliśmy się więc czym prędzej do pracy.

Zaczęliśmy od zupełnych podstaw; oboje mieli kiedyś styczność z językiem angielskim, ale pozapominali już wszystkie poza słówkami. To dobrze - możemy skupić się na budowaniu szkieletów gramatycznych, a oni sami potrafią już oblec go sobie w słownictwo. Z miejsca wzięliśmy się też za wymowę i wyjaśnianie problemów, które mieli do tej pory - co oznaczają właściwie te wszystkie this/that/these/those? Miło było patrzeć, jak cieszą się z tego, że rozumieją coraz więcej. Uczenie par ma też ten urok, że napędzają się nawzajem i próbują nawiązywać wzajemne konwersacje po angielsku; pani ubawiła mnie na koniec zajęć, kiedy usiłowała zmusić męża do powiedzenia thirteen. Thirteen, jak wiecie, nie jest wcale dla początkujących takie banalne: nie dość, że mamy tam th, to do tego musimy zwrócić uwagę na akcent - te liczebniki z "teen" to często pierwszy solidny przykład akcentowania, które różni się od polskiego. Zarobiłem więc swoje, a na kolejne spotkanie umówiliśmy się już u nich - okazuje się, że mąż wraca akurat wtedy z pracy i może mnie bez problemu podrzucić do sąsiedniej wioski. Liczę na to, że z powrotem też!

Co do propozycji pracy w Gdańsku, musiałem niestety odmówić - przynajmniej w jej obecnej formie. Zajęcia miałbym mieć w firmie na gdańskich zadupiach i chociaż byłoby ich osiem w tygodniu, to te osiem godzin byłoby rozdzielone na cztery dni. Biorąc pod uwagę czas i koszt dojazdu byłem w stanie zaproponować im wzięcie jednej grupy z dwóch i to za wyższą stawkę, żeby koszt biletów nie trzepał mnie tak po kieszeni. Jeśli się zgodzą - dobrze, jeśli nie - szukam dalej. Heck, szukam dalej nawet, jeśli się zgodzą!

Tymczasem! Zauważyliście już na pewno, że w bocznej listwie bloga pojawiła się ankieta dotycząca zmian strony graficznej. Jestem bardzo ciekawy Waszych opinii! I oczywiście, ankieta ankietą, ale - jeśli macie jakieś sugestie lub uwagi - nie wahajcie się napisać w komentarzach. Do jutra!

środa, 14 grudnia 2011

The all-new, all-different...!

Wybiła godzina!

Nazwali mnie ohydnym Kaszubem. Nazwali mnie halfbreed abomination. Nazwali mnie maestro propagandy i nazwali mnie człowiekiem, który przeczytał wszystkie komiksy. Wszystko to bzdura i całkowita prawda, ale liczy się tylko jedno - wracam, by odzyskać, co moje i zagospodarować solidnie ten oto kawałek Internetu!

Jak z pewnością wiecie, ukończyłem studia i wróciłem z Polski na Kaszuby. W chwili obecnej wciąż jestem w trakcie przejścia z życia studenckiego w bardziej dorosłe; nie mam wciąż etatowej pracy, ale kłami i pazurami wczepiam się w lokalny rynek. Póki co poskutkowało to tym, że podpisałem umowę z okoliczną szkołą wieczorową dla dorosłych, od nowego roku mam prowadzić zajęcia w szkole językowej w Gdańsku, a od nowego semestru - o ile dobrze pójdzie - w publicznej podstawówce w moim mieście powiatowym. To ostatnie jest tylko na zastępstwo i niby obiecane przez dyrektorkę, ale jakieś takie fishy, więc trzymajcie kciuki!

Poza tym, oczywiście, szukam prywatnych klientów. Póki co, znalazłem kilkoro chętnych; marynarza, żołnierza, właściciela małej firmy, gimnazjalistkę (dzisiaj mieliśmy pojedyncze zajęcia, ale może wyjdzie z tego coś więcej?) oraz małżeństwo z okolicznej wioski, z którymi pierwsze spotkanie zaliczę jutro. It's not that great, but it's also not all that bad! Poza tym, sprzedałem w międzyczasie jeszcze jeden artykuł, zebrałem już komplet materiałów do kolejnego... i co tu się kryć, po ukończeniu magisterki z czystym sumieniem wróciłem do rozpoczętej przed nią powieści! After all, skoro już spędzam tyle czasu w domu, mogę już zrobić z tym coś konstruktywnego. Nie martwcie się jednak, nie będę zalewał Was tutaj fragmentami niedopieczonej literatury i historiami z twórczego frontu; jestem raczej zwolennikiem pokazywania rzeczy dopiero wówczas, gdy są gotowe.

However, to bring some of you up to speed: to mój drugi poważniejszy tekst. Wierzę w to, że pierwszą powieść lepiej napisać tylko dla siebie, drugą można już być może pokazać paru osobom i jeszcze bardziej podszlifować na niej warsztat, trzecią zaś można już pisać z myślą o publikacji. Zawołacie teraz - ależ Zamaskowany Anglisto, po co te podchody? Z czego jak z czego, ale z krygowania się znany nie jesteś! Macie oczywiście rację, ale skoro obecny tekst ma już jakieś 100 000 słów i wiem, że jestem mniej więcej w połowie, to nikt normalny mi tego jako debiutu nie wyda! O całej sprawie wspominam więc wyłącznie dlatego, że takie publiczne przyznanie się do pisania jest wyjątkowo motywujące, jeśli chodzi o dyscyplinę pracy. Skoro nie poczytacie więc na blogu o tym, to o czym? Zróbmy z tego krótką listę!
  • Po pierwsze - moim celem jest wrócić do codziennych aktualizacji. Co bardziej soczyste kawałki tekstu będą się zapewne trafiać wtedy, kiedy będę miał czas, temat i chęci, ale postaram się zabawiać Was codziennie fillerem w postaci głupawych grafik, Muzycznych Poniedziałków - czasami również w inne dni tygodnia - i tym podobnych perełek!
  • Po drugie - narobiłem nieco zdjęć i robić zapewne będę je dalej, kiedy tylko coś ciekawego wpadnie mi w oko. Zrobimy z tego pewnie mały cykl; nazwijmy go Small Town, Saturday Night, bo taka pewnie będzie jego tematyka i regularność!
  • Po trzecie - zapoznam Was z garścią produkcji, które kupiłem w przecenach na cyfrowej platformie dystrybucji gier znanej wszem i wobec jako Steam. Zrobię to z przyjemnością tym większą, że przeważnie będą to gry albo stare, albo wydawane przez niezależne, małe studia - gwarantuję, że znajdziecie tam kilka perełek!
  • Po czwarte - spodziewajcie się tego, co kojarzyliście ze mną do tej pory: komiksów, Coast, Kaszub i nauczycielskich przygód - a mam nadzieję, że tych ostatnich będzie coraz więcej!
  • Po piąte - zmieniłem nieco dekoracje mojej internetowej nory! Starałem się, żeby było estetycznie i czytelnie, ale jestem ciekawy Waszej reakcji. Spodziewajcie się jutro rozpoczęcia ankiety!
  • Po szóste - założyłem tego bloga po części po to, by przypomnieć znajomym z rodzimych stron o tym, że żyję i pozwolić im orientować się, co tam u mnie. Minęło nieco czasu, uzyskałem dyplom magistra, przyszła pora przeprowadzki... i mam nadzieję, że teraz blog ten będzie pełnił tę rolę dla tych wszystkich doskonałych ludzi, których poznałem podczas studiów w Polsce!
Ale, ale, dosyć już tego sentymentalnego chrzanienia; niech w nastrój do kolejnych podbojów i wielkich czynów wprowadzi nas jeden z wrestlingowych motywów muzycznych! Co jak co, ale refren faktycznie jest z kopem i z wymową akurat na dziś.

Przyjmuję zatem kopa prosto w zęby na drogę i zapowiadam I am here to stay!

See you tomorrow, guys.

And the day after that.

And... well, you get what I mean.