Zacznijmy od samego lokalu, w którym zwykliśmy się spotykać. To jeden z gdańskich barów; brzydki jak siedem nieszczęść, z obskurnymi stolikami, niedziałającymi gniazdkami kontaktowymi i pasującym jak pięść do nosa płaskim telewizorem na ścianie, często nastawionym na typowo barowo-rozrywkowe stacje w rodzaju TVN 24. Obsługa jest generalnie mało sympatyczna, ogrzewanie działa wyjątkowo marnie, a toaleta jest zamykana na klucz, bo do czego by to doszło, gdyby każdy mógł się bez problemów załatwiać. Z tych właśnie powodów bar - pomimo niezłej lokalizacji - świeci zazwyczaj pustkami.
Pierwszy raz zaciągnął nas tam młody archeolog Maciej i poszliśmy raczej z uprzejmości, żeby zobaczyć, jaką mordownię poleca tym razem. Od piwa do piwa jakoś się jednak przekonaliśmy do lokalu; wybór alkoholi mają do rzeczy, a luzy na sali oznaczają, że nigdy nie ma problemów ze znalezieniem stolika - zdarzało się nieraz, że byliśmy jedynymi klientami. Cały ten przydługi wstęp ma swoją rację bytu; otóż widzicie, wczoraj cały bar był pełen. Jakaś zorganizowana grupa urządziła sobie tam spotkanie; być może i oni docenili uroki pustej sali.
Graliśmy sobie radośnie w karciankę Magic: The Gathering i obalaliśmy piwa. Namiętnie grywaliśmy w Magica w gimnazjum i w liceum, a że ostatnio przeżyłem renesans zainteresowania tą zabawą, pokupowałem bojsom talie na święta i możemy teraz rąbać aż miło; jeśli coś Wam to mówi, to Vlad siedzi obecnie za sterami zielono-czarnej zmodyfikowanej Deathly Dominion, młody archeolog tłucze czarno-niebieską Devouring Skies w stanie czystym, a ja pilotuję mój własny niebiesko-czerwony twór oparty o archetyp Burning Vengeance. Generalnie wygrywa młody archeolog, więc nie świadczy to chyba najlepiej o moich i Vlada umiejętnościach składania talii. Ale to nieistotne, ważne, że zabawa jest przednia!
Do kart i picia prędko doszły też szanty, bo spotykająca się grupa miała delikwentów z gitarami. Nie każdy to wie, ale całkiem lubię szanty i wiele znam na pamięć; zacząłem się zatem przyłączać do samczych śpiewów, szczególnie, że chłopaki grali naprawdę sympatyczne kawałki. Trudno też na lepsze miejsce do śpiewania szant, niż nadmorski bar, z którego można praktycznie napluć do zatoki! By wyrazić moje uznanie dla grających, puściłem w ruch piersiówkę z domowym magicznym eliksirem; wypili dzielnie i ze smakiem, zaczęli nawet dopytywać się o metody produkcji. Ha!
Później towarzystwo zaczęło się przerzedzać, szanty przeszły w humorystyczne piosenki o zbieraniu na wino, a rzucona przeze mnie w odpowiedzi dycha dodatkowo zacieśniła więzi pomiędzy stolikami - wykonawca przyszedł do nas i zagrał nam dziękczynny kawałek. Atmosfera była więc fantastyczna i wyszliśmy może nieco chwiejnym krokiem - dolewanie do piwa magicznego eliksiru potrafi człowieka zeszmacić - ale wyjątkowo zadowoleni.
Ale dosyć już skrobania tutaj! Dostałem właśnie zlecenie na tekst, czas więc wziąć się do roboty, bo kac już praktycznie zszedł. A pomyśleć, że jeszcze kilka lat temu nie miałem kaca absolutnie nigdy!
0 komentarze:
Prześlij komentarz
Moderacja włączona nie dlatego, że gardzę Waszymi opiniami, True Believers, ale by uniknąć porastającego stare blogi spamu!